Otworzyłam oczy, biorąc głęboki wdech. Cała się trzęsłam. Rozejrzałam się wokół. Słońce dopiero wschodziło. Spojrzałam na Chris'a, który leżał obok mnie. Rękę miał przełożoną przez mój brzuch. Oddychał głośno i spokojnie. Uśmiechnęłam się. Brat tu jest, nic mi nie grozi.
Leżałam na kanapie, oparta o ramię Theo. Zadzwonił dzwonek do drzwi.
- Ja otworzę - Lucy leniwie podniosła się z kanapy.
Theo ściszył telewizor.
- Gdzie ona jest? - usłyszałam głoś brata.
- Salon.
Po chwili wpadł do nas, natychmiast znajdując się obok mnie.
- Ar - wyszeptał, lustrując mnie wzrokiem.
Podniosłam się, a Theo wstał. Usiadł na fotelu, składając ręce ze sobą i przykładając je do ust, jakby się modlił.
Chris wziął mnie w ramiona, przejeżdżając kciukiem parę razy po moim fioletowym policzku. Chwilę tak siedział, nie chcąc się odsuwać ode mnie. Zachciało mi się płakać. Podciągnęłam nosem, mocno wbijając głowę w ramię chłopaka.
- Chris - mruknęłam, zaczynając cicho łkać.
- Ćsi, nie płacz, proszę, siostrzyczko - jeździł ręką w górę i w dół po moich plecach, lekko kołysząc nami na boki.
Syknęłam cicho, kiedy poczułam ból w żebrach. Chłopak niepewnie na mnie spojrzał, a ja jedynie pokręciłam głową z delikatnym uśmiechem. Otarłam pojedynczą łzę. Brat zbliżył dłoń do mojej koszulki i lekko ją ścisnął.
- Pokaż...
Wyprostowałam się, a od odsunął bluzkę. Gwałtownie wciągnął powietrze, widząc poraniony i posiniaczony brzuch.
- Zabiję go - warknął przez zęby.
- Nie, przestań - złapałam go za rękę, widząc jego minę.
- Widzisz, co Ci zrobił! - wrzasnął.
- Chris - mruknął Theo, a chłopak na niego spojrzał - Na razie może odpuść - widząc jego minę, lekko się speszył, jednak nie przestał mówić - wiem, że nie powinienem się wtrącać, ale Ari Cię potrzebuje. Zostań na noc czy coś. W razie czego pomogę Ci załatwić sprawę - zacisnął pięści, zerkając na mnie. Również był wściekły.
- Okay - brat ściągnął full cap'a i rzucił go na stół. Spojrzał na mnie smutnym wzrokiem i ponownie objął.
- Zostawię was - Theo skierował się do drzwi, gdzie o framugę cały czas opierała się Lu. Opuścili nas i zamknęli za sobą drzwi. Nie hamowałam się i zaczęłam głośno płakać, zatapiając się w ramionach brata.
- Co się dokładnie stało? - spytał, pozwalając moczyć koszulkę.
- Ktoś... ktoś na mnie... doniósł - wychrypiałam - że niby ojciec mnie bije, że jeżdżę na wyścigi. Dyrektor... wziął mnie dzisiaj do siebie... - otarłam łzy - powiedział mi to wszystko, zadzwonił do taty... potem wróciłam do domu...
- Ar - wyszeptał - wiesz, że mogłaś jechać tutaj, nic by się nie stało. Poczekać na mnie... nieważne. Zabiję tego, kto na Ciebie doniósł. Teraz powinienem wrócić do domu...
- Nie - przerwałam mu ostro. Uspokoiłam się trochę i zaczęłam normalnie myśleć - proszę, zostań ze mną, nie jedź tam. Chociaż dzisiaj.
Patrzył na mnie, jakby zastanawiając się, czy utrzyma swoją złość na tatę przez tak długi czas.
- Zostanę na noc - schował moje włosy za ucho, zerkając przy tym na rozcięte wargi. Zacisnął usta w linię - Przepraszam, Ari.
- Nie masz za co - pokręciłam głową, podciągając nosem - Doskonale wiesz, że to w żadnym stopniu nie Twoja wina.
- Jesteś moją młodszą siostrą, powinienem Cię zawsze chronić, szczególnie, że mama... że jej już nie ma - ścisnął palcem wskazującym i kciukiem kość nosową - a pozwoliłem na coś takiego. Jestem na siebie taki zły, taki... wściekły. Mam ochotę... nie wiem, pojechać tam, zabić go, zabić Twojego cholernego dyrektora. Ja...
- Uspokój się - chwyciłam go za rękę. Nie chciałam, żeby wpadł w szał - Potrzebuję Cię tutaj. Zrobię z siebie teraz ofiarę, ale nie dam rady Cię zatrzymać, a powinieneś być teraz obok mnie.
Zapadła długa cisza. Siedziałam jedynie i szukałam wzrokiem wzroku brata, jednak on na mnie nie patrzył. Zwiedzał każdy kawałek pokoju oprócz mojej osoby.
- Powiedziałem, że zostanę - pokręcił głową - po prostu... roznosi mnie - westchnął - zawołam Lucy, a pójdę pogadać z Theo, okay?
- Jasne. Tylko nie wychodź - mruknęłam.
- Zostanę - pogłaskał mnie po ramieniu i wstał.
Otworzył drzwi. Przyjaciele obdarzyli go wyczekującym spojrzeniem.
- Posiedź z nią, proszę - zwrócił się do Lu.
Dziewczyna podeszła do mnie, a brat zamknął drzwi.
- Rozmowy facetów - westchnęła Lu.
Przyjrzała się mojej twarzy, a ja jedynie szybko otarłam mokre policzki.
- Jest okay - uśmiechnęłam się.
Nie spodziewałam się, że po jednej nocy będzie aż o tyle lepiej. Oczywiście dalej wszystko mnie bolało, ale byłam w stanie stanąć sama, bez niczyjej pomocy. Oczywiście zajęło mi to dłuższą chwilę. Takim sposobem wstałam z łóżka, nie budząc brata. Skierowałam się w stronę łazienki. Oparłam się o umywalkę, patrząc na swoje beznadziejne odbicie w lustrze. Nie mogłam się nie skrzywić, widząc jak wyglądam. Wielki siniec, poranione wargi i zaczerwieniony łuk brwiowy. Do tego jakże piękne zielonawe sińce pod oczami i roztrzepane włosy. Tak, to zdecydowanie nie mój dzień.
Obmyłam twarz zimną wodą. Mimo wczorajszych wydarzeń, zaburczało mi w brzuchu. Nie wiedziałam czy Theo ma coś co nadaje się na śniadanie, jednak warto było sprawdzić.
Wymknęłam się jak najciszej, aby nie obudzić brata. Na pewno emocje go wyczerpały. Parę razy na ułamki sekund budziłam się w nocy i widziałam jak chłopak nie śpi. Patrzył przez okno, siedział obok mnie albo delikatnie otulał. Na pewno zasnął bardzo późno, więc nie chciałam, aby wstawał. Wyszłam do salonu, widząc śpiącego na kanapie Theo. Westchnęłam, krzywiąc się. W mieszkaniu miał dwa pokoje sypialniane, jednak jeden stał jeszcze całkowicie pusty. Przygotował pokój tylko dla siebie, gdyż nie spodziewał się żadnych gości na nocowanie. Było mi głupio. Przeze mnie musiał spać na kanapie, przykryty jedynie kocem, który teraz leżał na ziemi. Podeszłam do niego i przykryłam go materiałem. Odwiózł wczoraj Lu późnym wieczorem, w sumie późną nocą... na szczęście jej mama nie robiła żadnych wywodów z tego powodu. Co z tego, że przyjaciółka jest już pełnoletnia, póki mieszka z rodzicami, jej matka wciąż się o nią martwi. Zasnęłam zanim Theo wrócił, w ramionach brata na kanapie. Zaniósł mnie zapewne do góry. Cieszę się, że nie wyszedł, tylko ze mną został.
Otworzyłam lodówkę. Nie wierzę! Jogurt! I truskawki! Idealnie. Wyciągnęłam obie te rzeczy i znalazłam szafkę z talerzami i miskami. Przygotowałam truskawki i zalałam je jogurtem. Wygrzebałam z jakiejś szuflady widelec i usiadłam przy wyspie kuchennej. Po cichu jadłam ,,śniadanie", rozmyślając co teraz. Na pewno tu zostanę. Tak, zwalę się przyjacielowi na głowę, ale nie chcę wracać do domu. Tym bardziej ani Theo, ani Chris mnie nie puszczą. Chris na pewno pojedzie dzisiaj do domu. Zgarnie przy okazji moje rzeczy. Nie chcę już tam wracać. Nigdy w życiu.
Kątem oka ujrzałam zegarek. Wskazywał 4:48. No, ciekawie. Chyba pójdę jeszcze spać. Skończyłam posiłek. Niezbyt tak naprawdę chciało mi się wracać do pokoju. Zapewne gdybym się teraz położyła, zasnęłabym, ale pokój jest tak daleko...
Wzruszyłam ramionami. Zostawiłam wczoraj komórkę na stoliku w salonie. Poszłam po nią, ponownie zerkając na przyjaciela. Stanęłam przy nim, z uśmiechem na twarzy.
- Dziękuję - wyszeptałam i pocałowałam go w policzek.
Z powrotem schowałam się w kuchni i zerknęłam na wyświetlacz. Trzy nowe wiadomości. Wszystkie trzy od Luke'a...
,,Dzięki, że dałaś mi Lu i przepraszam, że tak nagle. Może znowu gdzieś się urwiemy? Ty i Lu, zgarniemy Mike'a. Co ty na to ;p?"
,,Słyszałem co się stało... wszystko okay? Nie znamy się zbytnio, ale ciężko mi było słuchać przerażonej Lu. Martwię się, więc pisz"
,,Zadzwoń, Arienne. Jak tylko będziesz mogła"
Podniosłam zdziwiona brwi. Nie znamy się zbytnio, tu ma rację. Martwi się? Cóż... niezbyt wiem, jak to skomentować. Ale chyba do niego zadzwonię. Wyszłam cicho z kuchni i skierowałam się w stronę drzwi wyjściowych. Lepiej, aby nie budzić chłopaków. Starałam się cicho otworzyć drzwi, jednak mi nie wyszło. Mimo wszystko Theo spał dalej, więc Chris na pewno też. Opuściłam mieszkanie i zamknęłam za sobą drzwi. Oparłam się o ścianę i wybrałam numer chłopaka. Kiedy usłyszałam pierwszy sygnał, nagle mnie olśniło. JEST 5:00!!! Chciałam nacisnąć czerwoną słuchawkę, ale wtedy telefon lekko zawibrował, oznaczając iż rozmówca odebrał połączenie.
- Tak? - wybudziłam go ze snu.
- Em, przepraszam, kompletnie nie ogarnęłam godziny i...
- Ari? - nagle nie brzmiał wogóle, jakby co dopiero się obudził - Jak z Tobą? Lucy mi wszystko powiedziała.
- Cóż, no... żyję, co tu dużo mówić - czułam się niezręcznie. Nie chciałam mu opowiadać o moich problemach. Byłam również zaskoczona, że się mną przejął. Lucy mu więc wszystko powiedziała. Nie mogłam się na nią gniewać. W końcu chodzą ze sobą. Nieoficjalnie, ale chodzą. No i w jakiś sposób zakolegowałam się z chłopakiem. Niekoniecznie, aby mu się wyspowiadać, no ale...
- Nie gniewaj się na Lu. Sam to z niej wyciągnąłem, brzmiała strasznie. Musiałem wiedzieć co się stało. Jesteś bezpieczna?
- Taak, przespałam się u przyjaciela, mój brat też tu jest, raczej tu zostanę - wzruszyłam ramionami. Mhm, jakby chłopak mógł to zauważyć.
- Chris - wyszeptał.
- Znowu te twoje podejrzenia? Luke...
- Nie, nic nie mów. To teraz nie jest ważne. Mogę do Ciebie później wpaść? Zakładam, że nie ruszasz się do szkoły.
- Dokładnie. Jasne, nie ma problemu. Em, Luke...?
- Hm?
- Ty... czy ty masz jakieś podejrzenia, kto chciał mnie udupić i na mnie doniósł? - jeździłam pustym wzrokiem po ścianach, czekając na odpowiedź. Byłam teraz całkowicie skupiona na rozmowie.
- Wrogowie Twojego brata - powtórzył swój stały tekst. Usłyszałam w jego głosie dziwny ton, jakby nienawiść i oschłość - wiedziałem, że tak będzie - jęknął - O której wychodzi Chris?
- Koło 9:00 - mruknęłam.
- Wywal Theo do szkoły. Musimy pogadać.
- Wywalić go? Co? - mimowolnie zachichotałam.
- Po prostu - wiedziałam, że Luke się uśmiechnął - Chcesz Mike'a?
- Co? - nie zrozumiałam pytania.
- Czy może ze mną przyjechać. Czy będziesz się przy nim czuć nieswojo?
- Jasne - szczerze? Polubiłam Michael'a. Jest niesamowicie pozytywną i wesołą osobą - Chętnie znowu wyleję na niego picie. Kup coś po drodze - zażartowałam.
- Haha, spoko. A w sumie, chcesz coś? Kupić Ci coś jak będziemy jechać?
- Coś ty - natychmiast zaprzeczyłam - nie musisz. Dziękuję. Mam Ci napisać kiedy możesz? - chłopak potwierdził i spytał o adres. Podałam mu go - To cześć - rozłączyłam się.
Oparłam się o ścianę. No i znowu to samo. We wszystkim się gubię. O co tu chodzi?
- Na pewno możemy Cię zostawić?
- Oh, tak. Ty musisz pracować, a ty się uczyć. A sio!
Chłopcy spojrzeli po sobie niepewnie. Domyślam się, że nie widzi im się zostawić mnie samej, ale co może mi się stać? Posiedzę sobie cały dzień w domu, poczekam, aż Theo przyjedzie tu po szkole z Lu. Chris kończy późnym popołudniem, więc też tu wpadnie.
- Naprawdę, posiedzę, odpocznę - uśmiechnęłam się do nich - nie chcę siedzieć wam na głowie, więc proszę, nie róbcie ze mnie niepełnosprawnej.
- Ale Ari...
- Nie, Chris. Idźcie.
Nie było sensu się kłócić, tym bardziej, że trwało to już piętnaście minut. W końcu zrezygnowani, odpuścili. Chris mocno przy przytulił i pocałował w czubek głowy, a Theo sprzedał szybkiego buziaka w policzek. Wychodząc, patrzyli jeszcze na mnie, nie wiedząc, czy naprawdę dobrze robią, ale szybko ich wygoniłam.
Chwyciłam telefon i napisałam do Luke'a. Jedyne co pozostało, to czekać. Nie wiem dlaczego się tak stresowałam. Chłopak odpisał, że będzie za dwadzieścia minut. W tym czasie umyłam zęby (szczoteczką Theo) i przebrałam koszulkę (w koszulkę Theo). Była o wiele za duża, z krótkim rękawkiem, który na mnie zdecydowanie nie był krótki. Widniały na niej jakieś białe napisy, ale nie zwracałam na nie żadnej uwagi. Usiadłam na kanapie, wpatrując się w jeden punkt na ścianie. Luke Hemmings, Michael Clifford. Kim jest tych dwóch kolesi i co oni czasami pieprzą, do cholery? Potrzebuję odpowiedzi, a nie kolejnych obiecanek. Chcę wiedzieć o co w tym wszystkim chodzi. Dlaczego ktoś się do mnie uczepił i czego ode mnie chce. Dlaczego też Luke chce mi pomóc. Kiedyś zabiją mnie pytania i brak odpowiedzi.
Zadzwonił dzwonek w drzwiach. Nie musiałam nawet zastanawiać się kto to. Minęło piękne dwadzieścia minut, więc wszystko jasne. Doszłam do drzwi, oczywiście lekko się krzywiąc. Dziękowałam chłopakom, że nie dzwonili po raz drugi, bo jednak chwilę zajęło mi dojście do zamka. Otworzyłam im go, wpuszczając do środka. Weszli szybko. Michael złapał moją twarz w ręce, nie pozwalając mi nawet zamknąć drzwi, co zrobił za mnie Luke. Niepewnie podniosłam brwi. Nagle cała zesztywniałam. Jego oczy uważnie mnie badały, a ręce nie chciały puścić mojej twarzy. W głowie pojawił się obraz taty. Obraz mojej twarzy. Wyrwałam się natychmiast chłopakowi, sycząc.
- Nie dotykaj mnie - zacisnęłam zęby. Spojrzałam na jego zdezorientowaną twarz i uświadomiłam sobie, jak dziwnie się zachowałam - Proszę - mruknęłam cicho, obejmując się rękami.
- Boże - Luke pokręcił głową. Był... zły.
- Przepraszam - Michael przekręcił zamek w drzwiach - Wyglądasz źle. Nie chciałem, żebyś coś pomyślała.
- Nie, nie - pokręciłam od razu głową - Ja... - nagle do moich oczu napłynęły łzy. Zakryłam usta dłonią, zaczynając cicho płakać. Cholera, dlaczego przy nich?
Luke natychmiast znalazł się przy mnie. Nie wziął mnie w ramiona ani żadne takie. Delikatnie przejechał dłonią po moim policzku, ścierając łzy.
- Już - wyszeptał - Nie płacz.
Wystawiłam rękę w stronę jego bluzy i ścisnęłam materiał. Był to znak, który doskonale rozpoznał. Objął mnie, gładząc dłonią po plecach i karku. Pozwolił mi płakać. Nie odzywał się, Michael również. Milczeli i pozwalali mi pozbyć się negatywnych emocji. Powoli zaczęłam się uspokajać, jednak wciąż bolało mnie serce. Nie wiem dlaczego tak mnie wzięło przy nich, jednak nie było mi wstyd. Cieszyłam się, że nic nie mówią, nie każą mi się uspokoić, nie mówią, że to nic takiego. Bo to jest coś. Coś, z czym pewnie jeszcze przez długi czas nie będę sobie radzić.
- Sory - wyszeptałam, podciągając nosem. Wytarłam oczy i odsunęłam się od blondyna. Patrzył na mnie zmartwionym wzrokiem, jednocześnie lustrując każdy fioletowy czy poraniony kawałek skóry - Chodźmy do salonu.
Ruszyłam powoli, co jakiś czas podpierając się o ścianę, aż w końcu dotarłam do kanapy i walnęłam się na nią, wzdychając.
- Jeśli chcecie coś pić, to tam jest kuchnia - wskazałam na pomieszczenie.
Chłopacy olali moje słowa i usiedli obok mnie. Oparłam się nieco o Michael'a i czekałam co powiedzą. A dokładniej co powie Luke. Długo czekać nie musiałam.
- Więc, żyjesz. A coś więcej?
Spojrzałam na niego i aż żal było mi odpowiadać zdawkowo czy krótko.
- No... boli mnie wszystko - szukałam jakiegoś punktu zaczepienia, żeby się na to patrzeć - żebra obite, brzuch wygląda strasznie, twarz widzisz. Co więcej mówić - wzruszyłam ramionami.
Nie chciałam spojrzeć w oczy chłopakowi, było mi głupio.
- Masz jakieś podejrzenia? - spytał Michael.
- Dlaczego się pytasz? - cięte słowa same cisnęły mi się na język - Doskonale zdajecie sobie sprawę, kto to, prawda? Wiecie o wiele więcej ode mnie i na sto procent zdajecie sobie sprawę, dlaczego to wszystko się stało.
- Wbrew pozorom nie - Luke natychmiast pokręcił głową - Wydaje nam się, że to wrogowie Chris'a. Wyścigi i te sprawy. Chcą powoli zacząć, żeby zakończyć czymś mocnym. Zaczęli od tego - widząc moją minę, natychmiast powiedział - na pewno doszłaś do tego, że to bandyci. Dowiedzieć się czegoś tak banalnego to dla nich nie problem. Popatrzyli i już wszystko wiedzieli. Dobili Cię, raniąc Chris'a. O to cały czas będzie im chodzić.
- Powiem mu - patrzyłam to na jednego, to na drugiego. Zaprzeczali, a ja nie wiedziałam dlaczego - Co? To mój brat. Powiem mu o tym, zrobi coś z tym, to się skoń...
- Mylisz się - przerwał mi Michael - i to bardzo. Nic się nie skończy, a to, że mu powiesz nic nie da. Prosiliśmy Cię abyś pozwoliła nam działać, ale mimo wszystko dowaliliśmy w tej sprawie, nawet jeśli była błaha i mogło być gorzej.
Zaniemówiłam. Co mam powiedzieć? Nie mam bladego pojęcia.
- Ja... - przerwał mi dzwonek telefonu Luke'a.
- Przepraszam - chłopak uśmiechnął się przepraszająco i wstał - Tak? Siemka, stary. Co? Em, nowa chata jej przyjaciela. Tak, tak... Dokładnie. Naprawdę, nie może zaczekać? Cholera... Dobra, czekamy - blondyn zakończył połączenie.
- Co jest? - Michael natychmiast się spiął.
- Ashton zaraz tu będzie - Luke opadł na kanapę, odchylając głowę w tył. Przymknął oczy - Nie wiem co jest... Jedyne co powiedział - otworzył oczy i spojrzał na mnie - Ona.
...ja? O co chodzi? Kolorowowłosy zacisnął rękę na mojej dłoni, a ja spojrzałam na niego zdziwiona.
- Po prostu nic nie mów - wyszeptał - Nic nie mów... - błądził pustym wzrokiem po otoczeniu.
Spojrzałam niepewnie na Luke'a, jednak on nie patrzył na mnie. Gorączkowo nad czymś myślał. Michael za to wyglądał na niesamowicie przerażonego. Jakby miało stać się coś strasznego. Westchnęłam. Sprawiali, że zaczynałam się bać.
- Kim jest Ashton? - przerwałam ciszę.
Przez chwilę żaden z nich nawet nie zareagował. Po chwili Luke się otrząsnął.
- Nasz przyjaciel.
I tyle. No to fajnie.
- Aha - odparłam chamsko.
Nienawidzę, kiedy ktoś tak odpowiada, sama nienawidzę używać tych trzech irytujących liter, ale nie byłam w stanie się powstrzymać. Nie miałam pojęcia, co jeszcze powiedzieć. Chwyciłam za telefon i włączyłam galerię. Byleby czymś zająć czas. Oglądałam zdjęcia z Lu, Theo, nieprzytomnym bratem, dziewczynami ode mnie z klasy. Te z imprezy i zaskoczenia. Pogrążyłam się w tym wspomnieniu, nie słysząc nawet pukania do drzwi. Dopiero kiedy kanapa się poruszyła i Luke wstał, odwróciłam wzrok od telefonu. Przyłapałam Michael'a na patrzeniu się w ekran. Zapewne już wcześniej patrzył, ale nie wchłaniał nic. Cały czas myślał, zastanawiał się. Oczy miał puste. Oderwał się po chwili od mojego ekranu i spojrzał na mnie. Nie spuściłam wzroku. Podniosłam brwi, posyłając mu uśmiech. Odpowiedział tym samym. Dziwna ta cała sytuacja.
- Czemu tak się czymś martwisz? - spytałam.
- Jeśli Ash tu przyjechał... - pokręcił tylko głową.
W tym momencie do pokoju wszedł Luke i owy Ashton. Woho, przystojny. Loczki postawione w górę, piwne, spokojne oczy i tatuaż. Miał koszulkę z krótkim rękawkiem, więc część tatuażu chowała się tam, jednak tyle ile byłam w stanie zauważyć, zachwyciło mnie. Od nadgarstka w górę szły piękne wzory, niczym polinezyjskie. I takie były. Zakładam, że kończą się przy ramieniu bądź wchodzą nieco na klatkę. Przez chwilę nie mogłam skupić wzroku na niczym innym, więc po cichu przyglądałam się temu dziełu.
Chłopak zatrzymał się i patrzył w moje oczy. Sparaliżowana, nie wiedziałam czy odwrócić wzrok, czy również odwzajemnić spojrzenie.
- Arienne - powiedział delikatnie i powoli.
- Ashton - odparłam. Chłopak mnie nie zna, zamiast cześć czy hej, moje imię. To nie będę mu dłużna.
- Ciekawie - podniósł brwi.
Zaczyna mnie powoli irytować.
- Pić? - wzruszyłam ramionami ze znudzeniem.
- Nie, dzięki - spojrzał na Michael'a - stary, wyluzuj.
- Po co przyjechałeś? - jeszcze nie słyszałam, aby Mike miał taki ton głosu. Podniosłam się bardziej, nie opierając się już o niego. Rzuciłam telefon obok i czekałam.
- Problem jest - chłopak złapał mój telefon i usiadł tuż przy mnie. Luke rozsiadł się na stoliku.
- Jaki? - spytałam.
- Właśnie twój - oparł plecy o oparcie i skrzyżował ręce - póki co, nasze życie kręci się wokół Ciebie.
- Co? - wymsknęło mi się piskiem. Wzięłam głęboki wdech - Co to znaczy?
- Co nieco Ci napominałem - mruknął blondyn - będziemy Cię chronić, więc to możesz zostawić nam. Nie wiemy dokładnie co ,,oni" chcą zrobić, więc znowu musisz nam zaufać. Co ważniejsze, Ash...
- ...co się takiego stało, że tu przyjechałeś? - przerwał mu Michael. Roznosiły go nerwy.
Skoro chłopak się tak denerwuje, ja sama nerwowo zaczęłam przebierać rękami.
- Mogłabyś mi przynieść szklankę wody? - spytał Ashton.
Oh, serio?! Mogę go teraz udusić? W takim momencie? Dlaczego chce się mnie pozbyć? Przecież i tak mogę podsłuchać. Skoro przyszedł tutaj, powinni rozmawiać ze mną. Jeśli mają swoje tajemnice, niech gadają o nich na ulicy czy gdzieś indziej.
Wstałam powoli, krzywiąc się. Skoro ani Luke ani Michael mi nie pomogą, znaczy, że naprawdę sprawa jest poważna i muszą pogadać. Okay, niech im będzie...
Ruszyłam do kuchni, chcąc zniknąć z pola widzenia chłopaków. Wytężyłam słuch, jednak oni nie byli głupi. Zaczęli szeptać. Westchnęłam, zrezygnowana. Popatrzyłam po kuchni i otworzyłam pierwszą lepszą szafkę. Jeszcze pusta. Nie wiedziałam gdzie Theo trzyma szklanki. W końcu trafiłam na właściwą. Wyciągnęłam naczynie i postawiłam na blacie. Złapałam za butelkę wody mineralnej, jednak kątem oka coś dostrzegłam. Odwróciłam się w stronę okna i zmarszczyłam brwi. Odłożyłam butelkę i podeszłam do karteczki, wiszącej przy ramie okna. Oderwałam ją i zerknęłam na napis.
,,Chłopacy mają rację, możesz im wierzyć. Jednak nawet oni Cię nie ochronią. Więc czekaj na swój czas, ja powoli będę się z Tobą bawił. Cała historia, skarbie, jest jeszcze bardziej pogmatwana niż myślisz. Do zobaczenia.
I jako mój prezent dla Ciebie, spójrz przez okno"
Zrobiłam co było napisane automatycznie. I natychmiast tego pożałowałam. Wszystko działo się w ciągu ułamka sekundy. Jakaś kobieta dochodziła do środka drogi, z telefonem przy uchu. Przechodziła szybko przez ulicę, ale nawet to jej nie uratowało. Znikąd pojawił się samochód, mknąc ulicą niczym pędziwiatr. Widziałam jak całe jej ciało leci przez całą długość pojazdu i opada kawałek dalej. Wokół strzelała krew. Ciało wylądowało na ziemi w trzech kawałkach, bezwładne, niczym szmaciana lalka. Złapałam się blatu, powstrzymując wymioty. Wrzasnęłam głośno, nie przejmując się, że pokój obok siedzi trójka ledwo znanych mi chłopaków. Nie przestawałam wydobywać z siebie dźwięków podobnych do krzyku. Co to było, do cholery?
***
Tak właśnie wyobrażam sobie tatuaż Ash'a ;p

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz