czwartek, 6 października 2016

Rozdział 7

- Arienne?!
Pierwszy do kuchni wpadł Ashton. Widząc mnie siedzącą na ziemi, trzymającą się za usta, z mokrymi oczami, stanął jak wryty. Obok niego pojawił się Michael i to on zareagował.
- Co jest? - znalazł się obok mnie i wziął w objęcia.
Pokręciłam jedynie głową. Tuż po tym do kuchni wbiegł Luke. Oby dwaj z Ashton'em patrzyli na mnie niezrozumiałym wzrokiem. Odsunęłam się od Michael'a i podałam mu kartkę. Przeczytał wiadomość i spojrzał na mnie. Za nim stanęła pozostała dwójka chłopaków i również przeczytali tekst.
-Jaki prezent? - kolorowowłosy zmarszczył brwi.
- Okno - wychrypiałam ledwo słyszalnie.
Jak na zawołanie cała trójka podążyła głowami na ulicę.
- Kurwa - wyszeptał Luke.
Ashton odwrócił się tyłem i oparł o blat. Spuścił głowę i jeszcze raz przeczytał wiadomość. Bałam się wstać. Wiedziałam, że jeśli wstanę, mimowolnie wyjrzę za okno. A nie mogłam tego zrobić. Już teraz było mi niedobrze. Przygryzłam dolną wargę i czekałam na reakcję ze strony chłopaków.
- Zejdę na dół - Luke ruszył w stronę drzwi, a za nim Michael.
- Zobaczymy jak sytuacja - mruknął.
Pokiwałam pusto głową, dopiero po chwili uświadamiając sobie co powiedział. Oh, kobieto, ogarnij się. Podniosłam się z ziemi i chwyciłam butelkę wody. Upiłam parę łyków i podałam ją Ashton'owi. Spojrzał na mnie zdziwionym wzorkiem.
- Chciałeś wodę.
Oczywiście, że wiedziałam że chcieli się mnie pozbyć. Ale mimo wszystko, chciał wodę? Chciał.
- Dzięki - przejął butelkę z uśmiechem.
Chwila, kojarzę skądś ten głos.
- Widzieliśmy się już kiedyś? - spytałam go.
Odsunął wodę od ust.
- No, proszę, Luke stwierdził, że uwielbiasz tylko jego, a w ostateczności zapamiętasz jeszcze głos Mike'a. Tu niespodzianka.
Zmarszczyłam brwi, zirytowana jego osobą. Oj tak, działa mi na nerwy.
- Wybacz, ale zdecydowanie nie gustuję w... - machnęłam rękami na jego osobę. Zmroził mnie wzrokiem. Zapewne czułabym satysfakcję, gdyby za oknem nie leżała martwa kobieta. Jak na zawołanie, wyjrzałam za okno. Cholera... zacisnęłam zęby i pobiegłam do łazienki. Kucnęłam nad sedesem i powstrzymałam odruch wymiotny. Jednak nie na długo. Po chwili zwracałam całe zjedzone śniadanie. Włosy, które wpadły mi do oczu zostały zabrane przez czyjeś dłonie. Ashton. Nie chciałam żeby patrzył na mnie w takiej sytuacji, jednak on nie zwracał uwagi na to, iż machałam mu, że ma odejść. Kucał dzielnie obok mnie, trzymając moje włosy.
W końcu odetchnęłam z ulgą i spuściłam wodę. Chłopak pomógł mi wstać. Jęknęłam cicho, kiedy poczułam ból w żebrach. Ashton natychmiast złapał mnie za boki.
- Jest okej - warknęłam w jego stronę.
Błądził po mojej twarzy zdezorientowanym wzrokiem, lecz ja tylko machnęłam ręką.
- O co Ci chodzi? - brzmiał na urażonego.
Przypomniałam sobie, skąd kojarzyłam jego głos.
- To ty wtedy odebrałeś telefon, kiedy dzwoniłam do Luke'a - zignorowałam jego pytanie.
- Ta - odparł, patrząc jak płuczę usta. Podał mi ręcznik, a ja bez słowa wzięłam go od niego.
Przyjrzałam się swojemu odbiciu. Muszę zapalić. Skierowałam się w stronę sypialni. Chłopak szedł za mną krok w krok. Dotarłam do szafy.
- Musisz za mną łazić? - spytałam, szukając papierosów.
- Musisz być taka wredna?
Westchnęłam.
- Sorry - mocno zaznaczyłam podwójne r.
- Nie wiem jaki masz do mnie problem, ale odpowiadając, czego ty nie robisz, wiem o sytuacji i wolę mieć Cię na oku.
- Oh, dzięki wielkie - jęknęłam, znajdując upragnione pudełko. Było mi obojętne co chłopacy robią na dole. Chciałam jedynie zapalić.
Ashton uważnie śledził moje poczynania i złość, kiedy zauważyłam, że nie mam ognia. Wyciągnął fajkę z mojej ręki i włożył do ust. Z kieszeni wyciągnął zapalniczkę i odpalił. Oddał mi z tajemniczym uśmiechem.
- Nie ma za co - rzucił się na łóżko, a ja wywróciłam oczami.
- Dzięki - mocno się zaciągnęłam.
Do mieszkania wrócili chłopcy. Weszli do pomieszczenia i zrobili to samo co Ashton. Michael przyglądał się jak palę, pochłaniając mnie wzrokiem.
- Co? - mruknęłam.
- Kusisz - odparł.
Zamurowało mnie. Co, co, co? Ale, że co? Moja mina musiała wskazywać sama za siebie, bo chłopak zaczął się śmiać.
- Paląc - wyjaśnił, a ja powoli skinęłam głową.
- Rzucił - dodał Luke i wszystko zrobiło się jasne.
Mocno zaciągnęłam się trzy razy, żeby nie irytować kolorowowłosego i skończyłam papierosa.
- Jak sytuacja na dole? - przełknęłam ślinę.
Nie myśl o tym. Nie chodziło o to, że jakoś strasznie mną to wstrząsnęło. Wstrząsnęło, ale nie w ten sposób. Chciało mi się po prostu wymiotować, przypominając sobie stan ciała kobiety. Sam fakt, że ktoś w jakiś sposób, w cholerę nie wiadomo jaki, dostał się tu i dał te kartkę i zapewne zaplanował tamto morderstwo był najgorszy. K t o ś   t o   w s z y s t k o   z a p l a n o w a ł. Żeby co, dobić mnie? Pokazać, że ma siłę? Że ma przewagę? Że chłopacy nie kłamią?
- Przyjechała policja, pytali się kto co widział. Sprawca uciekł - wzrok blondyna był zimny.
- Kto by się spodziewał - mruknął Ashton, jeżdżąc palcem po tatuażu.
- Co teraz? - wyszeptałam - Nie okłamujmy się, to mógł być ktoś z was. Lucy, Theo, ja...
Nikt mi nie odpowiedział, jednak ja dalej czekałam. Patrzyłam się na nich, błagając wzrokiem aby mi odpowiedzieli. Jedno z najgorszych uczuć to zdecydowanie bezsilność.
- Zabijasz wzrokiem - mruknął Ashton.
- Chcę odpowiedzi. Chociaż jednej.
Znowu cisza. Naprawdę?
- Luke! - wrzasnęłam imię chłopaka, robiąc gwałtowny krok w przód.
Jak się można spodziewać, po mojej klatce rozniosła się fala bólu. Nie zwróciłam na nią uwagi, chciałam odpowiedzi. Za bardzo targały mną emocje, aby czuć ból.
- Nie wiem - chłopak wzruszył ramionami - Podwoimy ochronę. Jak widać, ,,oni" gustują w poważnych zagadkach. Ciężko nam pilnować Cię, kiedy kombinują coś takiego, jak kapowanie na Ciebie. Mimo wszystko, chcę żebyś o wszystkim mnie informowała - skinęłam głową, pochłaniając jego słowa. Mówi mi coś o tym wszystkim, rozmawia ze mną, to postęp - i przede wszystkim, nie mów nic Lu ani Theo. Będą w jeszcze większym niebezpieczeństwie, jeśli się dowiedzą. Łatwiej nam ich pilnować, kiedy są w niewiedzy.
- A Ciebie najtrudniej - Ashton znowu mruknął.
- Bo o tym wiem?
- Dokładnie.
Ashton Irwin zaczyna mi przypominać Luke'a. Chłopak też przecież mnie wkurzał po wyścigu, a teraz, mimo że znam się z nim parę dni, jest okej. Jestem mu wdzięczna, że mnie zabrał, kiedy byłam pijana. Za to dalej jestem zła, że łaził sobie tak o po domu. Ale po tym dniu w pizzeri polubiłam go nawet, a jeśli ma mi ,,pomagać", wolę nie mieć z nim napiętych stosunków. Będzie łatwiej, ale też chłopak nie jest zły. Za to w porównaniu do Luke'a i Ashton'a, Michael'a polubiłam od razu.
- Naprawdę nie możecie mi powiedzieć nic więcej w tej sprawie? - westchnęłam.
Mike wstał i podszedł do mnie.
- Arienne - zaczął.
- Ari.
- Ari - poprawił się z uśmieszkiem. Mimo wszystko od razu zmienił wyraz twarzy na poważny - Wiesz teraz ile powinnaś. Szczerze, my też wszystkiego nie wiemy. Powiedzmy, że ,,oni" bądź ,,ktoś" jest też naszym wrogiem, dlatego nas poznałaś. Lukey zcyknął się z Lucy, to Twoja przyjaciółka, nie chce, żeby coś Ci się stało.
Zerknęłam na zawstydzonego blondyna.
- Zależy Ci na niej? - spytałam otwarcie.
Dziewczynom zawsze było łatwiej rozmawiać na te tematy.
- Tak - powiedział cicho, dostając kuksańca od Ashton'a.
Mogę być chyba spokojna. Zobaczymy jak wszystko się potoczy.
Po domu rozniósł się dzwonek mojego telefonu. Wyskoczyłam z pokoju i pomknęłam do salonu, gdzie leżała komórka. Lu.
- Siemka - przywitałam się.
- Laska, znowu dostałam jedynkę - westchnęła.
Zaśmiałam się, gratulując jej intelektu.
- Ale serio, patrzyłam się na tablicę jak koleś tłumaczył i nie miałam zapisanego przykładu, który ledwo co napisał i tłumaczył, a on zobaczył, że się patrzę, bo co miałam robić jak coś tłumaczy!, podszedł do mnie i powiedział, że pała. Wkurzył mnie, noo.
- Ale dziad - pokręciłam głową, widząc wzrok Luke'a na mnie.
Przekazałam mu bezgłośnie, że to Lucy, a on jedynie skinął głową i wrócił do pokoju. Drzwi oczywiście były otwarte, więc słyszeli wszystko, co mówię.
- A Ti dostał dwie - przyjaciółka zaczęła się głośno śmiać, na co jej zawtórowałam.
- Serio? - mocno przedłużyłam ostatnią literę - Jednego dnia mnie nie ma, a wy już zbliżacie się do niezdania.
- Cicho. Wyszłam ze szkoły, już mam dość. Przyjadę do Ciebie zaraz, okay? Theo zostaje do końca... Ma ten projekt na ostatniej i nie może zwiać.
- Jasne - skinęłam sama do siebie głową.
- O chuj... - wyszeptała dziewczyna.
- Co jest?
- Em... samochód któregoś z nauczycieli jest cały porysowany i wymazany spray'ami, a tylna szyba wybita. Poważnie - udawała sztuczne oburzenie, a ja wiedziałam, że ma to gdzieś.
Mnie też to tak naprawdę nie obeszło, jedynie będzie afera. Pewnie jakiś uczeń, którego wywalili czy coś zemścił się na nauczycielu. Norma w naszym życiu.
- Na boku maski jest napisane ,,a" równa się i czaszka.
- Haha, ciekawe o co chodzi - zachichotałam.
- Nie wiem. Dobra, kończę, będę za czterdzieści minut. Pa, skarbie.
- Cześć, misia.
 Rozłączyłam się i nagle do mnie dotarło. A = czaszka. Gdyby nie było tej całej sytuacji z jakimiś wrogami, nic by to nie znaczyło. A jak Arienne. Czaszka, śmierć.
- Boże święty - wyszeptałam.
Usiadłam na kanapie i przyłożyłam złączone jak pistolet dłonie do ust.
- A równa się czaszka - wyszeptałam, wyobrażając sobie jak to wygląda.
- I co tam? - spytał Luke, wchodząc do salonu. Zatrzymał się za progiem pokoju i zaczął mi się przyglądać. Ujrzał moją przestraszoną minę i natychmiast się spiął.
- Coś się stało Lucy?
Pokręciłam tylko głową i szybko złapałam za telefon.
- No? - przyjaciółka szybko odebrała.
- Jesteś tam jeszcze przy szkole? Zrobisz zdjęcie tego samochodu?
- O jezu, Ar. Dobra, zrobię.
- Dzięki, papa.
Zanim dziewczyna odpowiedziała, rozłączyłam się.
- Ari? - Luke podszedł do mnie i złapał mnie za rękę, zwracając tym samym na siebie moją uwagę.
- Z Lucy wszystko dobrze - zapewniłam go od razu, a on, uspokojony, puścił mnie.
- Więc co się stało?
- Przyjedzie tu za jakieś czterdzieści minut. Widziała pod szkołą zniszczony samochód jakiegoś nauczyciela. Na boku... - westchnęłam. Może przesadzam?
- No? - ponaglił mnie chłopak.
- Jest dziwny napis. A równa się i czaszka.
Cisza. Chłopak patrzył się na mnie dziwnie, a ja bałam się, że uzna mnie za idiotkę. Może naprawdę zaczynam wariować?
- Jestem nienormalna, co?
- Nie jesteś - z pokoju wyszedł Michael, a za nim Ashton. Żaden z chłopaków nie spuszczał ze mnie wzroku - Dobrze pomyślałaś, bo może być to groźba skierowana w Twoją osobę, niekoniecznie wiadomo dlaczego przez samochod jakiegoś belfera - Mike usiadł obok mnie, obejmując ramieniem. Irwin oparł się o framugę drzwi.
- Lu zrobi zdjęcie i tu przyjedzie. Będziecie się wtedy zbierać czy zostaniecie?
- Raczej zostaniemy - Luke wzruszył ramionami - Zwyczajnie przyjechałem Cię odwiedzić z Mike'iem, a Ash zabrał się z nami.
- Okay - jedyne co wymyśliłam.
Wstałam i poszłam w stronę kuchni.
- Ari - Luke prawdopodobnie chciał mnie zatrzymać, ale nie zwracałam na niego uwagi.
Dotarłam do pomieszczenia i podeszłam w stronę okna. Na ziemi wciąż leżał list z groźbą. Podniosłam go i ścisnęłam w kulkę. Niepewnie wyjrzałam przez okno. Ciała już nie było, ale ślady krwi owszem. Skurwiel. Zabił kogoś, żeby pokazać mi władzę. Jego władzę. Teraz nie poddam się tak łatwo.
Tłum gapiów nie był wielki, zapewne wszyscy już się rozeszli. Wokół stała policja. Najpierw poczułam smutek, zaraz wstręt, który przeistoczył się w złość.
Wróciłam do salonu i podałam list Ashton'owi.
- Spal.
Chłopak posłusznie wziął ode mnie kartkę i podpalił. Patrzyłam się jak ogień zajmuje papier, aż pozostał jedynie popiół na ziemi.
- Dużo nie wiem, ale teraz wierzę wam i pomogę jak tylko będę w stanie - zacisnęłam dłonie w pięści - więc chociaż nie kryjcie tego co się będzie działo teraz. Zabiję tego, kto to zaczął - warknęłam.
Nie wiem kto to jest, ale nienawidzę go jak nikogo innego. Nie wiem czy to jedna osoba czy parę. Ale chcę ich teraz zabić. Boję się cholernie. Ale też jestem wściekła.
- Zajebię - wyszeptałam cicho, jednak chłopacy i tak mnie usłyszeli.


Pierwsza reakcja, kiedy Lu zobaczyła Luke'a to zdziwienie, ale zaraz rzuciła mu się na szyję i rozpoczęli namiętny pocałunek. Westchnęłam i dla żartów cmoknęłam siedzącego obok mnie Mike'a.
- Za co to? - zdziwił się chłopak.
- Żeby tamta dwójka nie czuła się samotna - zachichotałam.
Chłopak westchnął i zaczął bawić się telefonem. Po chwili wyciągnął rękę w górę. Widząc włączony aparat, wystawiłam język. Przy kolejnym wyszczerzyłam się.
Skończyliśmy zdjęcia w tym samym momencie, w którym przyjaciółka oderwała się od chłopaka i pomknęła do mnie. Z tego co słyszałam, Luke powiedział jej, kto jest kto.
- I jak się czujesz? - objęła mnie matczynie.
- Już jest nawet spoko - wzruszyłam ramionami.
Na szczęście nikt z nas nie musiał tłumaczyć dziewczynie skąd policja wzięła się pod blokiem, dlatego, że jej czterdzieści minut przedłużyło się do prawie dwóch godzin. Wszyscy zdążyli się zebrać stamtąd.
- Daj telefon.
Podała mi urządzenie i poszła do kuchni. Ja włączyłam szybko galerię i zaczęłam się przyglądać zdjęciom. Samochód wyglądał paskudnie. Nadaje się już tylko na złom. Przesuwałam zdjęcia dalej, aż natrafiłam na to, które najbardziej mnie interesowało. Rzeczywiście tak jak powiedziała Lu, tak to wyglądało. Tylko nie powiedziała, że pod tym wszystkim namalowana została jeszcze lampa. Uliczna.
Luke zerknął na zdjęcie. Zmarszczył brwi. Wolałam nie wiedzieć, co myśli. Szybko przesłałam sobie zdjęcia i odłożyłam telefon obok. Po chwili do pokoju wróciła Lu z wielką pączka chrupek.
- Grubas - skomentowałam.
- Cicho - wystawiła mi język.
- Co do zdjęć to powaga, ktoś się nieźle wściekł za coś, ładnie maszyna rozwalona.
- No - dziewczyna nabrała masę chrupek do ust.
Po chwili trójka chłopaków rzuciła się na miskę. Włączyłam telewizor. Chłopcy zaczęli jakąś głupią konwersację o butach, do czego dołączyła się Lu. Ja siedziałam w ciszy, jednym uchem wpuszczając ich słowa, a drugim wypuszczając. Moje myśli krążyły wokół dzisiejszego wypadku i napisu na samochodzie. Lampa. Jedno wiem. Ta cała sprawa ma coś wspólnego z śmiercią mojej mamy. Nieważne jak bardzo to wszystko będzie niebezpieczne. Zaangażuję się w to cała. Może w końcu poznam prawdę. Co naprawdę zdarzyło się ponad pięć lat temu. Dlaczego straciłam matkę.
Dlaczego wszystko było i jest spowite w mroku.

***

Okay, przenoszę się jednak na wattpada. Jak komuś nie działa link, to jest też w menu :))

poniedziałek, 3 października 2016

WATTPAD!!!

TUTAJ PRZENIESIONA JEST TA HISTORIA NA WATTPAD'A


Jak w nagłówku. Jak wszyscy to wszyscy. Czy tu będę pisać to zobaczymy, bo no kurczę, lubię blogi, ich wygląd i sposób posługiwania się. Ale czytam już na wattpadzie tyle rzeczy, kusiło i w końcu założyłam xd jak by tu czegoś długo nie było to wchodzić na wpda. Tam na pewno będzie

sobota, 1 października 2016

Rozdział 6

Otworzyłam oczy, biorąc głęboki wdech. Cała się trzęsłam. Rozejrzałam się wokół. Słońce dopiero wschodziło. Spojrzałam na Chris'a, który leżał obok mnie. Rękę miał przełożoną przez mój brzuch. Oddychał głośno i spokojnie. Uśmiechnęłam się. Brat tu jest, nic mi nie grozi.

Leżałam na kanapie, oparta o ramię Theo. Zadzwonił dzwonek do drzwi. 
- Ja otworzę - Lucy leniwie podniosła się z kanapy.
Theo ściszył telewizor. 
- Gdzie ona jest? - usłyszałam głoś brata.
- Salon.
Po chwili wpadł do nas, natychmiast znajdując się obok mnie.
- Ar - wyszeptał, lustrując mnie wzrokiem.
Podniosłam się, a Theo wstał. Usiadł na fotelu, składając ręce ze sobą i przykładając je do ust, jakby się modlił.
Chris wziął mnie w ramiona, przejeżdżając kciukiem parę razy po moim fioletowym policzku. Chwilę tak siedział, nie chcąc się odsuwać ode mnie. Zachciało mi się płakać. Podciągnęłam nosem, mocno wbijając głowę w ramię chłopaka.
- Chris - mruknęłam, zaczynając cicho łkać.
- Ćsi, nie płacz, proszę, siostrzyczko - jeździł ręką w górę i w dół po moich plecach, lekko kołysząc nami na boki.
Syknęłam cicho, kiedy poczułam ból w żebrach. Chłopak niepewnie na mnie spojrzał, a ja jedynie pokręciłam głową z delikatnym uśmiechem. Otarłam pojedynczą łzę. Brat zbliżył dłoń do mojej koszulki i lekko ją ścisnął.
- Pokaż...
Wyprostowałam się, a od odsunął bluzkę. Gwałtownie wciągnął powietrze, widząc poraniony i posiniaczony brzuch.
- Zabiję go - warknął przez zęby.
- Nie, przestań - złapałam go za rękę, widząc jego minę.
- Widzisz, co Ci zrobił! - wrzasnął.
- Chris - mruknął Theo, a chłopak na niego spojrzał - Na razie może odpuść - widząc jego minę, lekko się speszył, jednak nie przestał mówić - wiem, że nie powinienem się wtrącać, ale Ari Cię potrzebuje. Zostań na noc czy coś. W razie czego pomogę Ci załatwić sprawę - zacisnął pięści, zerkając na mnie. Również był wściekły.
- Okay - brat ściągnął full cap'a i rzucił go na stół. Spojrzał na mnie smutnym wzrokiem i ponownie objął.
- Zostawię was - Theo skierował się do drzwi, gdzie o framugę cały czas opierała się Lu. Opuścili nas i zamknęli za sobą drzwi. Nie hamowałam się i zaczęłam głośno płakać, zatapiając się w ramionach brata.
- Co się dokładnie stało? - spytał, pozwalając moczyć koszulkę.
- Ktoś... ktoś na mnie... doniósł - wychrypiałam - że niby ojciec mnie bije, że jeżdżę na wyścigi. Dyrektor... wziął mnie dzisiaj do siebie... - otarłam łzy - powiedział mi to wszystko, zadzwonił do taty... potem wróciłam do domu...
- Ar - wyszeptał - wiesz, że mogłaś jechać tutaj, nic by się nie stało. Poczekać na mnie... nieważne. Zabiję tego, kto na Ciebie doniósł. Teraz powinienem wrócić do domu...
- Nie - przerwałam mu ostro. Uspokoiłam się trochę i zaczęłam normalnie myśleć - proszę, zostań ze mną, nie jedź tam. Chociaż dzisiaj.
Patrzył na mnie, jakby zastanawiając się, czy utrzyma swoją złość na tatę przez tak długi czas.
- Zostanę na noc - schował moje włosy za ucho, zerkając przy tym na rozcięte wargi. Zacisnął usta w linię - Przepraszam, Ari.
- Nie masz za co - pokręciłam głową, podciągając nosem - Doskonale wiesz, że to w żadnym stopniu nie Twoja wina.
- Jesteś moją młodszą siostrą, powinienem Cię zawsze chronić, szczególnie, że mama... że jej już nie ma - ścisnął palcem wskazującym i kciukiem kość nosową - a pozwoliłem na coś takiego. Jestem na siebie taki zły, taki... wściekły. Mam ochotę... nie wiem, pojechać tam, zabić go, zabić Twojego cholernego dyrektora. Ja...
- Uspokój się - chwyciłam go za rękę. Nie chciałam, żeby wpadł w szał - Potrzebuję Cię tutaj. Zrobię z siebie teraz ofiarę, ale nie dam rady Cię zatrzymać, a powinieneś być teraz obok mnie.
Zapadła długa cisza. Siedziałam jedynie i szukałam wzrokiem wzroku brata, jednak on na mnie nie patrzył. Zwiedzał każdy kawałek pokoju oprócz mojej osoby. 
- Powiedziałem, że zostanę - pokręcił głową - po prostu... roznosi mnie - westchnął - zawołam Lucy, a pójdę pogadać z Theo, okay?
- Jasne. Tylko nie wychodź - mruknęłam.
- Zostanę - pogłaskał mnie po ramieniu i wstał. 
Otworzył drzwi. Przyjaciele obdarzyli go wyczekującym spojrzeniem.
- Posiedź z nią, proszę - zwrócił się do Lu.
Dziewczyna podeszła do mnie, a brat zamknął drzwi.
- Rozmowy facetów - westchnęła Lu.
Przyjrzała się mojej twarzy, a ja jedynie szybko otarłam mokre policzki.
- Jest okay - uśmiechnęłam się.

Nie spodziewałam się, że po jednej nocy będzie aż o tyle lepiej. Oczywiście dalej wszystko mnie bolało, ale byłam w stanie stanąć sama, bez niczyjej pomocy. Oczywiście zajęło mi to dłuższą chwilę. Takim sposobem wstałam z łóżka, nie budząc brata. Skierowałam się w stronę łazienki. Oparłam się o umywalkę, patrząc na swoje beznadziejne odbicie w lustrze. Nie mogłam się nie skrzywić, widząc jak wyglądam. Wielki siniec, poranione wargi i zaczerwieniony łuk brwiowy. Do tego jakże piękne zielonawe sińce pod oczami i roztrzepane włosy. Tak, to zdecydowanie nie mój dzień.
Obmyłam twarz zimną wodą. Mimo wczorajszych wydarzeń, zaburczało mi w brzuchu. Nie wiedziałam czy Theo ma coś co nadaje się na śniadanie, jednak warto było sprawdzić.
Wymknęłam się jak najciszej, aby nie obudzić brata. Na pewno emocje go wyczerpały. Parę razy na ułamki sekund budziłam się w nocy i widziałam jak chłopak nie śpi. Patrzył przez okno, siedział obok mnie albo delikatnie otulał. Na pewno zasnął bardzo późno, więc nie chciałam, aby wstawał. Wyszłam do salonu, widząc śpiącego na kanapie Theo. Westchnęłam, krzywiąc się. W mieszkaniu miał dwa pokoje sypialniane, jednak jeden stał jeszcze całkowicie pusty. Przygotował pokój tylko dla siebie, gdyż nie spodziewał się żadnych gości na nocowanie. Było mi głupio. Przeze mnie musiał spać na kanapie, przykryty jedynie kocem, który teraz leżał na ziemi. Podeszłam do niego i przykryłam go materiałem. Odwiózł wczoraj Lu późnym wieczorem, w sumie późną nocą... na szczęście jej mama nie robiła żadnych wywodów z tego powodu. Co z tego, że przyjaciółka jest już pełnoletnia, póki mieszka z rodzicami, jej matka wciąż się o nią martwi. Zasnęłam zanim Theo wrócił, w ramionach brata na kanapie. Zaniósł mnie zapewne do góry. Cieszę się, że nie wyszedł, tylko ze mną został.
Otworzyłam lodówkę. Nie wierzę! Jogurt! I truskawki! Idealnie. Wyciągnęłam obie te rzeczy i znalazłam szafkę z talerzami i miskami. Przygotowałam truskawki i zalałam je jogurtem. Wygrzebałam z jakiejś szuflady widelec i usiadłam przy wyspie kuchennej. Po cichu jadłam ,,śniadanie", rozmyślając co teraz. Na pewno tu zostanę. Tak, zwalę się przyjacielowi na głowę, ale nie chcę wracać do domu. Tym bardziej ani Theo, ani Chris mnie nie puszczą. Chris na pewno pojedzie dzisiaj do domu. Zgarnie przy okazji moje rzeczy. Nie chcę już tam wracać. Nigdy w życiu.
Kątem oka ujrzałam zegarek. Wskazywał 4:48. No, ciekawie. Chyba pójdę jeszcze spać. Skończyłam posiłek. Niezbyt tak naprawdę chciało mi się wracać do pokoju. Zapewne gdybym się teraz położyła, zasnęłabym, ale pokój jest tak daleko...
Wzruszyłam ramionami. Zostawiłam wczoraj komórkę na stoliku w salonie. Poszłam po nią, ponownie zerkając na przyjaciela. Stanęłam przy nim, z uśmiechem na twarzy.
- Dziękuję - wyszeptałam i pocałowałam go w policzek.
Z powrotem schowałam się w kuchni i zerknęłam na wyświetlacz. Trzy nowe wiadomości. Wszystkie trzy od Luke'a...

,,Dzięki, że dałaś mi Lu i przepraszam, że tak nagle. Może znowu gdzieś się urwiemy? Ty i Lu, zgarniemy Mike'a. Co ty na to ;p?"

,,Słyszałem co się stało... wszystko okay? Nie znamy się zbytnio, ale ciężko mi było słuchać przerażonej Lu. Martwię się, więc pisz"

,,Zadzwoń, Arienne. Jak tylko będziesz mogła"

Podniosłam zdziwiona brwi. Nie znamy się zbytnio, tu ma rację. Martwi się? Cóż... niezbyt wiem, jak to skomentować. Ale chyba do niego zadzwonię. Wyszłam cicho z kuchni i skierowałam się w stronę drzwi wyjściowych. Lepiej, aby nie budzić chłopaków. Starałam się cicho otworzyć drzwi, jednak mi nie wyszło. Mimo wszystko Theo spał dalej, więc Chris na pewno też. Opuściłam mieszkanie i zamknęłam za sobą drzwi. Oparłam się o ścianę i wybrałam numer chłopaka. Kiedy usłyszałam pierwszy sygnał, nagle mnie olśniło. JEST 5:00!!! Chciałam nacisnąć czerwoną słuchawkę, ale wtedy telefon lekko zawibrował, oznaczając iż rozmówca odebrał połączenie.
- Tak? - wybudziłam go ze snu.
- Em, przepraszam, kompletnie nie ogarnęłam godziny i...
- Ari? - nagle nie brzmiał wogóle, jakby co dopiero się obudził - Jak z Tobą? Lucy mi wszystko powiedziała.
- Cóż, no... żyję, co tu dużo mówić - czułam się niezręcznie. Nie chciałam mu opowiadać o moich problemach. Byłam również zaskoczona, że się mną przejął. Lucy mu więc wszystko powiedziała. Nie mogłam się na nią gniewać. W końcu chodzą ze sobą. Nieoficjalnie, ale chodzą. No i w jakiś sposób zakolegowałam się z chłopakiem. Niekoniecznie, aby mu się wyspowiadać, no ale...
- Nie gniewaj się na Lu. Sam to z niej wyciągnąłem, brzmiała strasznie. Musiałem wiedzieć co się stało. Jesteś bezpieczna?
- Taak, przespałam się u przyjaciela, mój brat też tu jest, raczej tu zostanę - wzruszyłam ramionami. Mhm, jakby chłopak mógł to zauważyć.
- Chris - wyszeptał.
- Znowu te twoje podejrzenia? Luke...
- Nie, nic nie mów. To teraz nie jest ważne. Mogę do Ciebie później wpaść? Zakładam, że nie ruszasz się do szkoły.
- Dokładnie. Jasne, nie ma problemu. Em, Luke...?
- Hm?
- Ty... czy ty masz jakieś podejrzenia, kto chciał mnie udupić i na mnie doniósł? - jeździłam pustym wzrokiem po ścianach, czekając na odpowiedź. Byłam teraz całkowicie skupiona na rozmowie.
- Wrogowie Twojego brata - powtórzył swój stały tekst. Usłyszałam w jego głosie dziwny ton, jakby nienawiść i oschłość - wiedziałem, że tak będzie - jęknął - O której wychodzi Chris?
- Koło 9:00 - mruknęłam.
- Wywal Theo do szkoły. Musimy pogadać.
- Wywalić go? Co? - mimowolnie zachichotałam.
- Po prostu - wiedziałam, że Luke się uśmiechnął - Chcesz Mike'a?
- Co? - nie zrozumiałam pytania.
- Czy może ze mną przyjechać. Czy będziesz się przy nim czuć nieswojo?
- Jasne - szczerze? Polubiłam Michael'a. Jest niesamowicie pozytywną i wesołą osobą - Chętnie znowu wyleję na niego picie. Kup coś po drodze - zażartowałam.
- Haha, spoko. A w sumie, chcesz coś? Kupić Ci coś jak będziemy jechać?
- Coś ty - natychmiast zaprzeczyłam - nie musisz. Dziękuję. Mam Ci napisać kiedy możesz? - chłopak potwierdził i spytał o adres. Podałam mu go - To cześć - rozłączyłam się.
Oparłam się o ścianę. No i znowu to samo. We wszystkim się gubię. O co tu chodzi?


- Na pewno możemy Cię zostawić?
- Oh, tak. Ty musisz pracować, a ty się uczyć. A sio!
Chłopcy spojrzeli po sobie niepewnie. Domyślam się, że nie widzi im się zostawić mnie samej, ale co może mi się stać? Posiedzę sobie cały dzień w domu, poczekam, aż Theo przyjedzie tu po szkole z Lu. Chris kończy późnym popołudniem, więc też tu wpadnie.
- Naprawdę, posiedzę, odpocznę - uśmiechnęłam się do nich - nie chcę siedzieć wam na głowie, więc proszę, nie róbcie ze mnie niepełnosprawnej.
- Ale Ari...
- Nie, Chris. Idźcie.
Nie było sensu się kłócić, tym bardziej, że trwało to już piętnaście minut. W końcu zrezygnowani, odpuścili. Chris mocno przy przytulił i pocałował w czubek głowy, a Theo sprzedał szybkiego buziaka w policzek. Wychodząc, patrzyli jeszcze na mnie, nie wiedząc, czy naprawdę dobrze robią, ale szybko ich wygoniłam.
Chwyciłam telefon i napisałam do Luke'a. Jedyne co pozostało, to czekać. Nie wiem dlaczego się tak stresowałam. Chłopak odpisał, że będzie za dwadzieścia minut. W tym czasie umyłam zęby (szczoteczką Theo) i przebrałam koszulkę (w koszulkę Theo). Była o wiele za duża, z krótkim rękawkiem, który na mnie zdecydowanie nie był krótki. Widniały na niej jakieś białe napisy, ale nie zwracałam na nie żadnej uwagi. Usiadłam na kanapie, wpatrując się w jeden punkt na ścianie. Luke Hemmings, Michael Clifford. Kim jest tych dwóch kolesi i co oni czasami pieprzą, do cholery? Potrzebuję odpowiedzi, a nie kolejnych obiecanek. Chcę wiedzieć o co w tym wszystkim chodzi. Dlaczego ktoś się do mnie uczepił i czego ode mnie chce. Dlaczego też Luke chce mi pomóc. Kiedyś zabiją mnie pytania i brak odpowiedzi.
Zadzwonił dzwonek w drzwiach. Nie musiałam nawet zastanawiać się kto to. Minęło piękne dwadzieścia minut, więc wszystko jasne. Doszłam do drzwi, oczywiście lekko się krzywiąc. Dziękowałam chłopakom, że nie dzwonili po raz drugi, bo jednak chwilę zajęło mi dojście do zamka. Otworzyłam im go, wpuszczając do środka. Weszli szybko. Michael złapał moją twarz w ręce, nie pozwalając mi nawet zamknąć drzwi, co zrobił za mnie Luke. Niepewnie podniosłam brwi. Nagle cała zesztywniałam. Jego oczy uważnie mnie badały, a ręce nie chciały puścić mojej twarzy. W głowie pojawił się obraz taty. Obraz mojej twarzy. Wyrwałam się natychmiast chłopakowi, sycząc.
- Nie dotykaj mnie - zacisnęłam zęby. Spojrzałam na jego zdezorientowaną twarz i uświadomiłam sobie, jak dziwnie się zachowałam - Proszę - mruknęłam cicho, obejmując się rękami.
- Boże - Luke pokręcił głową. Był... zły.
- Przepraszam - Michael przekręcił zamek w drzwiach - Wyglądasz źle. Nie chciałem, żebyś coś pomyślała.
- Nie, nie - pokręciłam od razu głową - Ja... - nagle do moich oczu napłynęły łzy. Zakryłam usta dłonią, zaczynając cicho płakać. Cholera, dlaczego przy nich?
Luke natychmiast znalazł się przy mnie. Nie wziął mnie w ramiona ani żadne takie. Delikatnie przejechał dłonią po moim policzku, ścierając łzy.
- Już - wyszeptał - Nie płacz.
Wystawiłam rękę w stronę jego bluzy i ścisnęłam materiał. Był to znak, który doskonale rozpoznał. Objął mnie, gładząc dłonią po plecach i karku. Pozwolił mi płakać. Nie odzywał się, Michael również. Milczeli i pozwalali mi pozbyć się negatywnych emocji. Powoli zaczęłam się uspokajać, jednak wciąż bolało mnie serce. Nie wiem dlaczego tak mnie wzięło przy nich, jednak nie było mi wstyd. Cieszyłam się, że nic nie mówią, nie każą mi się uspokoić, nie mówią, że to nic takiego. Bo to jest coś. Coś, z czym pewnie jeszcze przez długi czas nie będę sobie radzić.
- Sory - wyszeptałam, podciągając nosem. Wytarłam oczy i odsunęłam się od blondyna. Patrzył na mnie zmartwionym wzrokiem, jednocześnie lustrując każdy fioletowy czy poraniony kawałek skóry - Chodźmy do salonu.
Ruszyłam powoli, co jakiś czas podpierając się o ścianę, aż w końcu dotarłam do kanapy i walnęłam się na nią, wzdychając.
- Jeśli chcecie coś pić, to tam jest kuchnia - wskazałam na pomieszczenie.
Chłopacy olali moje słowa i usiedli obok mnie. Oparłam się nieco o Michael'a i czekałam co powiedzą. A dokładniej co powie Luke. Długo czekać nie musiałam.
- Więc, żyjesz. A coś więcej?
Spojrzałam na niego i aż żal było mi odpowiadać zdawkowo czy krótko.
- No... boli mnie wszystko - szukałam jakiegoś punktu zaczepienia, żeby się na to patrzeć - żebra obite, brzuch wygląda strasznie, twarz widzisz. Co więcej mówić - wzruszyłam ramionami.
Nie chciałam spojrzeć w oczy chłopakowi, było mi głupio.
- Masz jakieś podejrzenia? - spytał Michael.
- Dlaczego się pytasz? - cięte słowa same cisnęły mi się na język - Doskonale zdajecie sobie sprawę, kto to, prawda? Wiecie o wiele więcej ode mnie i na sto procent zdajecie sobie sprawę, dlaczego to wszystko się stało.
- Wbrew pozorom nie - Luke natychmiast pokręcił głową - Wydaje nam się, że to wrogowie Chris'a. Wyścigi i te sprawy. Chcą powoli zacząć, żeby zakończyć czymś mocnym. Zaczęli od tego - widząc moją minę, natychmiast powiedział - na pewno doszłaś do tego, że to bandyci. Dowiedzieć  się czegoś tak banalnego to dla nich nie problem. Popatrzyli i już wszystko wiedzieli. Dobili Cię, raniąc Chris'a. O to cały czas będzie im chodzić.
- Powiem mu - patrzyłam to na jednego, to na drugiego. Zaprzeczali, a ja nie wiedziałam dlaczego - Co? To mój brat. Powiem mu o tym, zrobi coś z tym, to się skoń...
- Mylisz się - przerwał mi Michael - i to bardzo. Nic się nie skończy, a to, że mu powiesz nic nie da. Prosiliśmy Cię abyś pozwoliła nam działać, ale mimo wszystko dowaliliśmy w tej sprawie, nawet jeśli była błaha i mogło być gorzej.
Zaniemówiłam. Co mam powiedzieć? Nie mam bladego pojęcia.
- Ja... - przerwał mi dzwonek telefonu Luke'a.
- Przepraszam - chłopak uśmiechnął się przepraszająco i wstał - Tak? Siemka, stary. Co? Em, nowa chata jej przyjaciela. Tak, tak... Dokładnie. Naprawdę, nie może zaczekać? Cholera... Dobra, czekamy - blondyn zakończył połączenie.
- Co jest? - Michael natychmiast się spiął.
- Ashton zaraz tu będzie - Luke opadł na kanapę, odchylając głowę w tył. Przymknął oczy - Nie wiem co jest... Jedyne co powiedział - otworzył oczy i spojrzał na mnie - Ona.
...ja? O co chodzi? Kolorowowłosy zacisnął rękę na mojej dłoni, a ja spojrzałam na niego zdziwiona.
- Po prostu nic nie mów - wyszeptał - Nic nie mów... - błądził pustym wzrokiem po otoczeniu.
Spojrzałam niepewnie na Luke'a, jednak on nie patrzył na mnie. Gorączkowo nad czymś myślał. Michael za to wyglądał na niesamowicie przerażonego. Jakby miało stać się coś strasznego. Westchnęłam. Sprawiali, że zaczynałam się bać.
- Kim jest Ashton? - przerwałam ciszę.
Przez chwilę żaden z nich nawet nie zareagował. Po chwili Luke się otrząsnął.
- Nasz przyjaciel.
I tyle. No to fajnie.
- Aha - odparłam chamsko.
Nienawidzę, kiedy ktoś tak odpowiada, sama nienawidzę używać tych trzech irytujących liter, ale nie byłam w stanie się powstrzymać. Nie miałam pojęcia, co jeszcze powiedzieć. Chwyciłam za telefon i włączyłam galerię. Byleby czymś zająć czas. Oglądałam zdjęcia z Lu, Theo, nieprzytomnym bratem, dziewczynami ode mnie z klasy. Te z imprezy i zaskoczenia. Pogrążyłam się w tym wspomnieniu, nie słysząc nawet pukania do drzwi. Dopiero kiedy kanapa się poruszyła i Luke wstał, odwróciłam wzrok od telefonu. Przyłapałam Michael'a na patrzeniu się w ekran. Zapewne już wcześniej patrzył, ale nie wchłaniał nic. Cały czas myślał, zastanawiał się. Oczy miał puste. Oderwał się po chwili od mojego ekranu i spojrzał na mnie. Nie spuściłam wzroku. Podniosłam brwi, posyłając mu uśmiech. Odpowiedział tym samym. Dziwna ta cała sytuacja.
- Czemu tak się czymś martwisz? - spytałam.
- Jeśli Ash tu przyjechał... - pokręcił tylko głową.
W tym momencie do pokoju wszedł Luke i owy Ashton. Woho, przystojny. Loczki postawione w górę, piwne, spokojne oczy i tatuaż. Miał koszulkę z krótkim rękawkiem, więc część tatuażu chowała się tam, jednak tyle ile byłam w stanie zauważyć, zachwyciło mnie. Od nadgarstka w górę szły piękne wzory, niczym polinezyjskie. I takie były. Zakładam, że kończą się przy ramieniu bądź wchodzą nieco na klatkę. Przez chwilę nie mogłam skupić wzroku na niczym innym, więc po cichu przyglądałam się temu dziełu.
Chłopak zatrzymał się i patrzył w moje oczy. Sparaliżowana, nie wiedziałam czy odwrócić wzrok, czy również odwzajemnić spojrzenie.
- Arienne - powiedział delikatnie i powoli.
- Ashton - odparłam. Chłopak mnie nie zna, zamiast cześć czy hej, moje imię. To nie będę mu dłużna.
- Ciekawie - podniósł brwi.
Zaczyna mnie powoli irytować.
- Pić? - wzruszyłam ramionami ze znudzeniem.
- Nie, dzięki - spojrzał na Michael'a - stary, wyluzuj.
- Po co przyjechałeś? - jeszcze nie słyszałam, aby Mike miał taki ton głosu. Podniosłam się bardziej, nie opierając się już o niego. Rzuciłam telefon obok i czekałam.
- Problem jest - chłopak złapał mój telefon i usiadł tuż przy mnie. Luke rozsiadł się na stoliku.
- Jaki? - spytałam.
- Właśnie twój - oparł plecy o oparcie i skrzyżował ręce - póki co, nasze życie kręci się wokół Ciebie.
- Co? - wymsknęło mi się piskiem. Wzięłam głęboki wdech - Co to znaczy?
- Co nieco Ci napominałem - mruknął blondyn - będziemy Cię chronić, więc to możesz zostawić nam. Nie wiemy dokładnie co ,,oni" chcą zrobić, więc znowu musisz nam zaufać. Co ważniejsze, Ash...
- ...co się takiego stało, że tu przyjechałeś? - przerwał mu Michael. Roznosiły go nerwy.
Skoro chłopak się tak denerwuje, ja sama nerwowo zaczęłam przebierać rękami.
- Mogłabyś mi przynieść szklankę wody? - spytał Ashton.
Oh, serio?! Mogę go teraz udusić? W takim momencie? Dlaczego chce się mnie pozbyć? Przecież i tak mogę podsłuchać. Skoro przyszedł tutaj, powinni rozmawiać ze mną. Jeśli mają swoje tajemnice, niech gadają o nich na ulicy czy gdzieś indziej.
Wstałam powoli, krzywiąc się. Skoro ani Luke ani Michael mi nie pomogą, znaczy, że naprawdę sprawa jest poważna i muszą pogadać. Okay, niech im będzie...
Ruszyłam do kuchni, chcąc zniknąć z pola widzenia chłopaków. Wytężyłam słuch, jednak oni nie byli głupi. Zaczęli szeptać. Westchnęłam, zrezygnowana. Popatrzyłam po kuchni i otworzyłam pierwszą lepszą szafkę. Jeszcze pusta. Nie wiedziałam gdzie Theo trzyma szklanki. W końcu trafiłam na właściwą. Wyciągnęłam naczynie i postawiłam na blacie. Złapałam za butelkę wody mineralnej, jednak kątem oka coś dostrzegłam. Odwróciłam się w stronę okna i zmarszczyłam brwi. Odłożyłam butelkę i podeszłam do karteczki, wiszącej przy ramie okna. Oderwałam ją i zerknęłam na napis.

,,Chłopacy mają rację, możesz im wierzyć. Jednak nawet oni Cię nie ochronią. Więc czekaj na swój czas, ja powoli będę się z Tobą bawił. Cała historia, skarbie, jest jeszcze bardziej pogmatwana niż myślisz. Do zobaczenia.
I jako mój prezent dla Ciebie, spójrz przez okno"

Zrobiłam co było napisane automatycznie. I natychmiast tego pożałowałam. Wszystko działo się w ciągu ułamka sekundy. Jakaś kobieta dochodziła do środka drogi, z telefonem przy uchu. Przechodziła szybko przez ulicę, ale nawet to jej nie uratowało. Znikąd pojawił się samochód, mknąc ulicą niczym pędziwiatr. Widziałam jak całe jej ciało leci przez całą długość pojazdu i opada kawałek dalej. Wokół strzelała krew. Ciało wylądowało na ziemi w trzech kawałkach, bezwładne, niczym szmaciana lalka. Złapałam się blatu, powstrzymując wymioty. Wrzasnęłam głośno, nie przejmując się, że pokój obok siedzi trójka ledwo znanych mi chłopaków. Nie przestawałam wydobywać z siebie dźwięków podobnych do krzyku. Co to było, do cholery?




*** 

Tak właśnie wyobrażam sobie tatuaż Ash'a ;p

czwartek, 22 września 2016

Rozdział 5

Czułam jak przyjaciel cały się trzęsie. Kątem oka spojrzałam na jego twarz. Był wściekły. Zacisnęłam zęby. Kroki były lżejsze. Gdzieś w środku wiedziałam, że to nie ojciec, jednak wciąż stałam bez ruchu, nie oddychając.
Niebieskie oczy spojrzały na nas, a z mojego serca spadł wielki kamień.
- Lucy - przyjaciel cały się rozluźnił.
- Boże święty - wyszeptała dziewczyna, widząc w jakim jestem stanie - Co się stało?
Chłopak pomógł mi samodzielnie stanąć, ponownie opierając się o umywalkę, a ja tylko pokręciłam głową.
- Ojciec - wyszeptałam. Dziewczyna otworzyła szeroko oczy, znajdując się po chwili obok mnie. Delikatnie dotknęła mojego policzka. Cicho syknęłam. Jej oczy były przerażone.
- Czemu? - spytała, patrząc co chwila to na mnie, to na Theo.
- Ktoś na mnie nakapował - mruknęłam, poprawiając się - odnośnie wyścigów. I że niby ojciec mnie leje... teraz to prawda - Lu chwyciła mnie współczująco za rękę. Znowu zachciało mi się płakać. Podciągnęłam nosem.
- Trzymaj to - chłopak podniósł z ziemi ręcznik i zmoczył go. Przyłożył mi do brzucha, a ja przejęłam.
- Co się dokładnie stało? - przyjaciółka nie wiedziała, jak się zachować. Na jej twarzy mieszał się strach i złość.
- Chodź - chłopak złapał ją za łokieć i skinął w stronę drzwi. Wyszli na korytarz i zaczęli cicho rozmawiać. Nie słyszałam żadnych konkretnych słów i byłam wdzięczna przyjacielowi; nie chciałam tego słuchać. Załkałam cichutko. Co się dokładnie stało? Ojciec się na mnie wyżył. Dlatego, że ktoś powiedział o mnie dyrektorowi. I teraz pytanie. Kto? Kto mógłby? I po co? Jaki miałby w tym powód? Żadna osoba nie przychodziła mi na myśl. Ale wiem, że jeśli poznam tożsamość tej osoby, to będzie martwa. Z oczu ponownie zaczęły mi lecieć łzy. Jednak to były łzy wściekłości. Zacisnęłam palce na umywalce. Byłam wściekła. O to temu komuś chodziło? Może wiedział, że mój ojciec tak zareaguje, więc specjalnie to zrobił. Wtedy po co mówiłby, że ojciec się nade mną znęca? Nie miałam wrogów. Nikt nie chciałby czegoś takiego dla mnie. Prawda? Wrogowie mojego brata... Nie no, serio? W ten sposób by raczej nie chcieli mnie udupić. Czy wogóle są jacyś wrogowie? Muszę przyznać, że uwierzyłam chłopakom. Michael'a ledwo poznałam, a to co do mnie powiedział weszło mi w głowę i naprawdę mu wierzę. Tylko dlaczego skończyłam w takim stanie? Cholera. Chris się wścieknie. Bardzo chcę, żeby się wściekił. Jasne, że będę się martwić. Jeśli ojciec mu coś zrobi? Teraz jednak nie czuję nic prócz nienawiści.
Przyjaciele wrócili do mnie. Obdarzyłam ich bladym uśmiechem.
- Lepiej? - mruknął Theo.
Skinęłam głową, zerkając na Lucy. Była zszokowana. Sama posłała mi lekki uśmiech, jednak widać było, jak bardzo jest wymuszony.
- Lu - westchnęłam - nie martw się tak.
- Jak mam się nie martwić? - oczy dziewczyny stały się szkliste.
Wystawiłam rękę w jej stronę, a ona wtuliła się we mnie.
- Tak bardzo mi przykro - jęknęła - nie wiem, kto okazał się takim dupkiem, ale przysięgam, że to nie ja.
- Wiem - krzyknęłam od razu - oh, wiem, nigdy bym Cię nie podejrzewała, nawet tak nie myśl.
Spojrzałam na Theo. Wygiął tylko usta w grymasie, podając mi koszulkę. Lu odsunęła się ode mnie i pomogła mi się ubrać. Przyjaciel wziął mnie w ramiona, a ja nawet nie protestowałam. Zaniósł mnie do pokoju i położył na łóżku.
- Fajnie, jakbyś się przespała.
- Żartujesz? - podniosłam brwi - Nie zasnę teraz...
- Chociaż spróbuj.
Lu weszła za nami.
- Zrobię herbaty - uśmiechnęła się lekko.
Skinęłam tylko głową.
- Mogę Cię na chwilę zostawić? - Theo dotknął mojej ręki.
- Jasne.
Poszedł za brunetką. Poprawiłam się na materacu, krzywiąc się. Boli. Nie zostanę tu. Nie zostanę tu na noc. Chris będzie musiał chodzić do pracy, a ja zapewne przez tydzień nie ruszę się z łóżka. Theo. Na pewno będę mogła zamieszkać u niego na jakiś czas. On również na pewno mnie tutaj nie zostawi.
Leżałam tak bez ruchu chwilę, aż Lu przyszła z herbatą. Zrobiło mi się ciepło na sercu. Może nie dostałam wspaniałych rodziców, jednak przyjaciół mam najlepszych na świecie.
Theo wszedł z moim telefonem.
- Powinnaś zadzwonić do Chris'a - rzucił urządzenie obok mnie - zabieram Cię do siebie. Nie zostaniesz tu.
Spojrzałam na niego z wdzięcznością.
- Później. Jest teraz w pracy, nie chcę go martwić.
- Ari...
- Później.
Lu spojrzała na chłopaka niepewnym wzrokiem. Ten jednak nie dał za wygraną i sam wybrał numer Chris'a.
- Theo, proszę - minimalnie się podniosłam.
- Nie chcesz go martwić, jednak to Twój brat, musi wiedzieć - odparł, zbliżając komórkę do ucha - Chris? To ja, Theo. Nie, nie. Wiesz co, jest sprawa. Twój ojciec... skatował dosłownie Ari. Zabieram ją do siebie. Spokojnie, żyje. Obite żebra i twarz. Co? Nie, nie musisz przyjeżdżać. Chris, naprawdę. Zabieram ją teraz do siebie i tam się nią zajmę. Przyjedź po robocie. Naprawdę, zostań. Obiecuję, że nic więcej się jej nie stanie. Przyjedź po prostu po robocie, a teraz daj temu spokój. Wszystko Ci wyjaśnię. Tak. Jasne. Coś ty, przestań. Siema.
Patrzyłam na niego ze zrezygnowaniem. Dobra, dobra, zadzwonił, po sprawie.
- Eh.
- Nie ehaj, dobrze zrobił - Lu usiadła obok mnie. Pomogła mi wstać i podała herbatę - Pij i zabieramy Cię do Theo.
Niestety nie pozostawało mi nic innego, jak słuchanie dziewczyny i poddanie się ich zamiarom. Gdybym nie zadzwoniła do Theo, leżałabym teraz gdzieś na podłodze, płacząc i skręcając się z bólu. 
- Tak wogóle, czemu tu jesteś? - spytałam.
- Chciałam Cię odwiedzić, tak nagle zniknęliście po szkole - wzruszyła ramionami.
Pokiwałam tylko głową i wzięłam kolejny łyk. Skrzywiłam się, kiedy jedna kropelka skapnęła na moje poranione usta. Żałuję, że na pstryknięcie palcami nie można zasnąć. Teraz bardzo by mi się to przydało. Pstryk i nie myślisz o problemach. Sen byłby ukojeniem. Wciąż całkowicie do mnie nie dotarło, co się stało. Mimo wielkiego smutku, rozpierała mnie ogromna złość. Na tego skurwiela, który na mnie doniósł. I na ojca, że mimo że jestem jego córką, tak mnie potraktował. Poniżył w każdym tego słowa znaczeniu. Pokazał, że jestem nikim. Nie byłam w stanie się bronić. Nie tylko nie byłam w stanie; nie potrafiłam. Nie jestem jak mój brat, nie byłabym w stanie podnieść ręki na ojca. Kiedy bił Chris'a, nigdy go nie odciągnęłam, nigdy chociaż nie złapałam za rękę. Krzyczałam jedynie, by przestał. Dzisiaj było to samo. Błagałam go, leżąc skulona na ziemi, aby już skończył. Po każdym kolejnym kopniaku łkałam, prosząc o koniec. Zeszłam poniżej poziomu kundla. Niczym śmieć. W stu procentach pokazał mi, że jestem nic nie znaczącą dziewczyną, nie potrafiącą się nawet bronić. Po paru kolejnych uderzeniach już przestałam. Zamilkłam. O nic nie prosiłam, nie płakałam. Po prostu milczałam, czekając aż skończy. Bo wiedziałam, że w końcu będzie musiał. Dlaczego jestem tak słaba i nie byłam w stanie oddać temu gnojowi? Po pierwszym uderzeniu mogłam to zrobić. Ale nie, w mojej głowie siedział ,,odpowiedzialny" głos; nie bij ojca, nie podnoś na niego ręki. I do czego mnie to doprowadziło? Mimo wszystko, nie byłabym w stanie go tknąć. Po prostu nie mogłabym.


Chciałam wyjść z samochodu o własnych siłach, jednak Theo mi na to nie pozwolił. Czułam się dziwnie, kiedy niósł mnie od samochodu do drzwi; taką obitą, bezsilną. Ludzie się gapili. Czułam na sobie i wzrok i wkurzało mnie to.
- Theo - warknęłam - wszyscy się gapią.
Szybko otworzył drzwi, chowając nas za nimi.
- Już, już, nikt się nie gapi - przytrzymał jeszcze drzwi Lucy, a dziewczyna weszła, zabierając od niego klucze. Pomknęła szybko na piętro.. Otworzyła drzwi i od razu wpakowaliśmy się do mieszkania. Niczym wielka Ari ze swoją służbą... tu chłopak niesie mnie na rękach, tu dziewczyna otwiera przed nami drzwi. Całkiem zabawne, czyż nie?
Ułożył mnie na kanapie w salonie. Zachowywał się, jakbym była najdroższym diamentem. Nie wiedziałam czy śmiać się, czy płakać.
- Błagam - zachichotałam, kiedy chłopak otulił mnie kocem - Przecież nie umieram.
- Ta - odparł ponuro. Zepsułam mu resztki humoru.
- Hej - chwyciłam go za rękę. Spojrzał na mnie bez słowa. Nawet nie wiem kiedy Lu opuściła pokój. Musiała zauważyć, że chcę z chłopakiem poważnie porozmawiać - Proszę, przestań. Stało się. Nie cofniemy tego.
- Stało się... Gdybym Cię namówił, nie pozwolił tam pójść. A Twój ojciec? To Twój ojciec, jak mógł tak postąpić?
- Bo to mój ojciec - wyszeptałam. Znowu chciało mi się płakać - i znasz go. Więc wystarczy. Znasz też mojego brata i wiesz, że nie odpuści. Więc chociaż ty odpuść.
Nie powiedział nic, tylko mnie przytulił. Czułam się tu bezpieczna.
- Nie mam wspaniałego ojca, ale mam Ciebie - dałam mu kuksańca pod żebra - jesteś najlepszy.
Poszedł po moją torbę z rzeczami. W tym czasie zadzwonił mój telefon. Na szczęście miałam go w kieszeni. Spojrzałam na ekran. ,,Luke".
- Hej - powiedziałam do słuchawki.
- No cześć. Prosto z mostu ale pewnie jest tam z Tobą Lu. Mogę ją?
Westchnęłam.
- Lu! - krzyknęłam, odsuwając komórkę od ucha.
Po chwili dziewczyna weszła do salonu, a ja podałam jej telefon. 'Luke', powiedziałam bezgłośnie. Szybko przejęła urządzenie i wyszła z pokoju. Fajnie... Mój telefon, a wszystko odnośnie Lucy. Nie no, spoko.
Rozłożyłam się na kanapie, popadając w zadumę. Szkoła. Cholera! Nie mogę omijać lekcji. W tej sytuacji jestem zmuszona. Świetnie.
- Bum, bum - Theo położył torbę na ziemi i rozsiadł się obok - Co chcesz robić?
- Zdecydowanie film - pokręciłam głową.
- A więc film. Horror, fantasy, komedia, a może - zbliżył swoją twarz do mojej, a ja zaśmiałam się - romans?
- Horror - zdecydowałam.
- A więc horror - przyjaciel zatarł ręce. 
Poczekaliśmy na Lu. Dziewczyna tylko mruknęła z wielkim uśmiechem na twarzy, że później mi powie, o co chodziło. Theo zgarnął z szafki miskę i chipsy i pozasłaniał wszystkie okna. Co z tego, że w mieszkaniu nie było dużo rzeczy, chipsy być musiały. I telewizor oczywiście też. Zafundował sobie sprzęt, cholera wie, za jakie pieniądze. Podłączył laptopa do tv i wybrał jakiś film. Przyjaciółka pomogła mi jakoś się rozłożyć i zaczął się seans. Mimo wcześniejszej sytuacji, czułam się dobrze. Żebra oczywiście dalej bolały, jednak czułam się spokojna. Jedyne co mi pozostało to cieszyć się czasem z przyjaciółmi i czekać na brata. Ojciec nie zna tego miejsca. Na pewno się tu nie pojawi. Więc chociaż do wieczora mam pewność, że spędzę czas spokojnie.


***

Krótko, ale nie mam weny ;< nie umiem obrać mojego pomysłu w słowa, a nie chcę pisać na siłę. Wolę przejściowy, krótki rozdzialik, żeby kolejny mnie zadowolił. 
Aki musi myśleć, haha ;p
 I DO TATUSIA, TATO JA PO PROSTU MAM PEWIEN POMYSŁ, DO CIEBIE NIC NIE NAWIĄZUJE. I WOGÓLE TO NIE CZYTAJ XD

wtorek, 20 września 2016

Rozdział 4

Zadzwonił dzwonek lekcyjny. Ze znudzeniem podniosłam się z ziemi, wymieniając z Theo spojrzenia. Wziął moją torbę i weszliśmy do klasy. Rozsiedliśmy się w ostatniej ławce, nie przestając rozmawiać.Opowiadałam mu o ostatnim spotkaniu z chłopakami. Szczególnie wdałam się w szczegóły przy opisie zdarzeń z parku.
- Sama nie wiem, jakim cudem wpadłam na ten pomysł i nie wierzę, że wogóle weszłam do tej fontanny - zaczęłam się śmiać.
Theo wywrócił oczami, opierając głowę na moim ramieniu i śmiejąc się głośno.
- To ja widzę ciekawie było. Fontanna, cola, kobieto, bo się Lu wkurzy - dał mi żartobliwego kuksańca, a uśmiech nie schodził z jego twarzy.
Zmroziłam go wzrokiem.
- Nie nakapuj mnie tylko - rzuciłam ostrzegawczo, oddając mu pod żebra.
- Wiadomo, przecież żartuję. Zdaję sobie sprawę, że nic cię z Luke'iem nie łączy i nie zrobiłabyś tego Lu - mroziłam go wzrokiem jeszcze bardziej, czując jego sarkastyczny ton - Nie jestem w stanie wyobrazić sobie Ciebie i blondaska... - walnęłam go pięścią w ramię.
Oburzone jęknięcie Theo zagłuszył trzask zamykanych drzwi. Nauczyciel pojawił się w klasie, więc trochę ograniczyliśmy się ze śmianiem, jednak wciąż nie przestawaliśmy gadać.
- Zamknij się - warknęłam, teatralnie wywracając oczami.
Boże, tak, Luke był przystojny, ale w życiu bym w ten sposób o nim nie pomyślała. Ja i on... Nie! Theo również należy do naprawdę dobrych przystojniaczków i pierwsze co, kiedy go zobaczyłam sześć lat temu, nie znając go, to myśl, że chłopak naprawdę będzie miał branie. Był dosłownie piękny. Jednak teraz jest moim najlepszym przyjacielem i mimo że wciąż uważam o nim to samo, nigdy bym nie pomyślała o byciu z nim.
- Wiesz, że żartuję - mruknął, widząc moją minę.
- Wiem - odparłam, żartując sobie z niego.
Pokręcił głową, jednak zanim zdążył powiedzieć coś jeszcze, z głośników dobiegł głos dyrektora.
- Ari Lyrge, proszona do mojego gabinetu.
Zmarszczyłam brwi, patrząc na Theo.  Widząc jego zdziwione spojrzenie, wzruszyłam jedynie ramionami. Odprowadzona oczami całej klasy, wyszłam na korytarz i ruszyłam w stronę gabinetu. Szłam normalnie. Nic nie przeskrobałam, więc nie miałam czego się bać. Byłam bardzo ciekawa, po co dyrektor mnie wezwał.
Zapukałam, a po usłyszeniu cichego ,,proszę", weszłam. Przywitałam się z mężczyzną i usiadłam na krześle, które wskazał.
- Ari - po usłyszeniu jego tonu wiedziałam, że przejdzie od razu do rzeczy i zaczynałam się lekko martwić; jego ton był bardzo poważny - wezwałem Cię tu w pewnej niezbyt przyjemnej sprawie. Dokładniej, dowiedziałem się... - zatrzymał się, a mnie aż zmroziło, po usłyszeniu kolejnych słów - że Twój ojciec znęca się nad Tobą.
Kto mógł powiedzieć mu coś takiego? Było to całkowicie przesadzone. Tak, podniósł na mnie rękę parę razy, nie zaprzeczę, lecz nie było to codziennie. Bywały dni, że nawet się z nim nie widziałam.
- Słucham? - otworzyłam oczy - Kto powiedział panu coś takiego?
- Nie mogę powiedzieć - no tak, tajemnica ,,spowiedzi" - jednak zaniepokoiła mnie ta wiadomość i postanowiłem z Tobą porozmawiać. Nie wiem czy jest to prawdziwa informacja czy nie, nie mogę tego  zignorować. Nigdy nie widziałem żadnych negatywnych sygnałów czy zachowań u Ciebie, dlatego Ari - uważnie spojrzał mi w oczy - powiedz mi, czy ojciec coś Ci robi?
Pokręciłam gwałtownie głową. Zbyt gwałtownie. Skarciłam się w myślach i uspokoiłam organizm.
- Nie wiem kto powiedział panu coś takiego, ale ktoś chyba naprawdę chce mnie udupić - nie hamowałam się ze słowami - tata nigdy nie podniósł na mnie ręki i nigdy tego nie zrobi.
Skłamałam samą siebie. Myślałam gorączkowo, kto mógł powiedzieć mu coś takiego. Lucy i Theo nigdy, a tylko oni o tym wiedzieli. I tak nie wiedzieli wszystkiego. Nie znali codziennych kłótni czy bójek między ojcem a moim bratem. Kto do cholery mógł na mnie nakapować?
Jednak jego następne słowa zamurowały mnie jeszcze bardziej, a ja cała wbiłam się jeszcze mocniej w krzesło.
- Wiem również o Twoich ciągłych odwiedzinach na wyścigach, Arienne - pokręcił głową - zacząłem się zastanawiać, czy to przez problemy rodzinne, czy problemy rodzinne powstały na wskutek twoich wybryków.
Zamurowało mnie. Co miałam powiedzieć? Jego głos nie brzmiał już współczuciem, a lekkim żalem.
- Powiem wprost, nie czepiałbym się o to, gdybyś nie chodziła na wyścigi w czasie szkoły. Nie patrzę już nawet na to, że nie masz skończonego osiemnastego roku życia. Wagarujesz, łamiąc prawo. Niestety muszę powiadomić Twojego ojca, ale najpierw chcę usłyszeć od Ciebie prawdę. Co się dzieje?
Dalej siedziałam wbita w krzesło. Wystarczyło, by facet powiedział, że mnie zawiesza. Powiadomić ojca? Już po mnie... I co, do cholery mam mu w tej sytuacji powiedzieć?
- Tak, chodzę na wyścigi - musiałam zważać na słowa - nie jeżdżę, oglądam tylko. Sama z własnej woli tam chodzę i nie ma to nic wspólnego z moim ojcem. On nic mi nie robi. U mnie w domu jest wszystko w porządku.
Mężczyzna dość długą chwilę lustrował mnie wzrokiem, na co czułam się bardzo niezręcznie i chciałam jak najszybciej opuścić to pomieszczenie.
- Jesteś w ostatniej klasie, więc nie będę Cię zawieszał - odetchnęłam z ulgą, dosłownie drąc się wewnątrz ze szczęścia - jednak ostrzegam Cię, uważaj. Muszę powiadomić Twojego opiekuna, więc nie zdziw się. Skończ tę klasę w spokoju i wtedy sobie szalej. Pierwsza i ostatnia szansa, Ari.
Skinęłam tylko głową, przełykając ze strachem ślinę. Wyszłam szybko po jego pozwoleniu i poleciałam do łazienki. Obmyłam twarz zimną wodą i zajęłam się robieniem sobie kłosów, warkoczy i innych takich. Jedyne czego się bałam, to telefon do ojca. Za całą resztę byłam wściekła. Kto mógł na mnie donieść? Cholera jasna.
Nie wróciłam od razu na lekcję. Właściwie to wogóle nie wróciłam na lekcję. Weszłam pół minuty przed dzwonkiem na przerwę, aby tylko wziąć plecak.
- Co jest? - spytał Theo, jednak ja nie odpowiedziałam.
Spakowałam się szybko i tuż po dzwonku wybiegłam na przerwę, kierując się w stronę tylnego wyjścia ze szkoły. Theo natychmiast do mnie podbiegł.
- Hej, Ari, o co chodzi? Co powiedział dyrektor? - ponownie go olałam. Nie chciało mi się przekrzykiwać tłumu gnojków drących się na całe głosy. Kierowałam się w stronę ,,wyjścia na fajkę". Na szczęście przyjaciel mnie nie zatrzymywał, tylko szedł na równi ze mną. Pchnęłam agresywnie drzwi, wchłaniając świeże powietrze. Drzwi zamknęły się z hukiem, jednak nie zwróciłam na to uwagę. Minęłam pierwszoklasistów, idąc pod murek. Szybko wyciągnęłam paczkę, którą podkradłam bratu i wzięłam szluga. Rzuciłam paczkę przyjacielowi, odpalając sobie fajkę.
- Ktoś na mnie nakapował - warknęłam - powiedział, że ojciec się nade mną znęca i o wyścigach.
- Co? - chłopak spojrzał na mnie wielkimi oczami, zatrzymując zapalniczkę tuż przed ustami, w których trzymał papierosa. Odpalił go, lekko kręcąc głową - Kto mógł okazać się taką szują? Po cholerę na Ciebie kapować?
Wzruszyłam ramionami, cały czas się mocno zaciągając. Byłam zbyt wściekła, aby normalnie rozmawiać z chłopakiem.
- Co dokładnie mówił?
Powtórzyłam mu rozmowę prawie co do słowa. Od razu po zakończeniu odpaliłam kolejnego papierosa. Na szczęście nasza klasa miała teraz okienko, więc nie musiałam się przejmować, że w całej sali będzie ode mnie śmierdzieć zapachem tytoniu.
Chłopakowi również podniosły ciśnienie moje słowa. Zaczął się zastanawiać, kto mógł mnie zgłosić i jaki miał w tym cel.
- Oprócz Ciebie i Lu o moim ojcu nie wiedział nikt - walnęłam płaską ręką w mur - a wam wierzę bezgranicznie, więc kto - szepnęłam.
Chłopak pokręcił głową.
-  Najgorsze jest, że ojciec się dowie - jęknęłam, przytulając się do Theo i ściskając jego koszulkę. Zaczął mnie pocieszająco głaskać po plecach.
- Mogę z Tobą siedzieć do wieczora albo jak chcesz, przenocuj u mnie.
Cholernie mnie to skusiło, jednak nie mogłam. Nie mogę uciec z domu, bo i tak będę się musiała z tym zmierzyć. Do końca roku szkolnego nawet nie chciałam się nigdzie ruszać oprócz szkoła-dom. Odechciało mi się wyścigów, picia, spania, wszystkiego. Stałam tak, nie chcąc puścić chłopaka. Byłam wkurwiona i przestraszona.
- Nie martw się - szeptał mi do ucha - Powiedz Chris'owi. Wiem, że nie chcesz mnie bardzo w to mieszać, mimo że chcę Ci pomóc, więc chociaż pogadaj z bratem.
Milczałam, co jakiś czas zaciągając się drugim już papierosem. W końcu odsunęłam się od chłopaka, biorąc głęboki wdech. Usiadłam na ziemi, wyciągając telefon. Puściłam jakąś rockową piosenkę i zaczęłam ją śpiewać. Theo usiadł obok mnie. Również zaczął śpiewać, na co popłakałam się ze śmiechu. Zaczął rapować niektóre teksty razem z wykonawcą, gestykulując rękami jak profesjonalista. Zaczęłam mu towarzyszyć i tak minęło nam całe okienko.


Skończyła się ostatnia lekcja. Nie dałam się namówić na żadne piwo, więc Theo podrzucił mnie pod dom. Staliśmy samochodem po drugiej stronie ulicy. Siedziałam z podkulonymi pod brodę nogami.
- Nie chce mi się tam iść - jęknęłam.
Tak, bałam się, ale też nie miałam zamiaru robić z siebie wielkiej ofiary. W drodze powrotnej zadzwoniłam do brata z pytaniem, kiedy będzie. Niestety zamienił się z koleżanką z pracy zmianami, więc siedział tam do wieczora. Nie chciało mi się nic, więc postanowiłam wrócić. Nie było pewności, że dyrektor już zadzwonił, więc nie musiałam aż tak się przejmować... Prawda?
- Na pewno nie chcesz do mnie?
Pokręciłam głową.
- Ale miej telefon przy sobie - uśmiechnęłam się do niego - w razie czego będziesz mógł gdzieś wyjść?
- Jasne - uśmiechnął się do mnie. Nachylił się i pocałował mnie w policzek.
Pociągnęłam rękawy bluzy w dół i wysiadłam z samochodu. Theo odjechał dopiero, kiedy zamknęłam drzwi domu. Wzięłam głęboki oddech i ruszyłam w stronę salonu. Udało mi się zrobić jedynie trzy kroki, a przede mną stanął ojciec. Był wściekły. Teraz żałowałam, że nie pojechałam do Theo. Nie wypowiedziałam nawet słowa. Moja głowa poleciała w prawo, a oczy automatycznie zrobiły się mokre. Spoliczkował mnie. Byłam w szoku. Łzy poleciały same, kiedy uderzenie przeszło przez moje nerwy. Poczułam poniżenie.
- Przepraszam - wyszeptałam tylko.
Wtedy poczułam kolejne uderzenie. Jednak ojciec dopiero się rozkręcał.


Leżałam na ziemi w salonie. Jego kroki powoli się oddalały, aż w końcu ucichły. Następnie usłyszałam mocny huk zamykanych drzwi. Płakałam, obejmując się rękami. Wszystko mnie bolało. Wokół widniały niewielkie plamy krwi. Spróbowałam wstać, jednak żebra mi na to nie pozwoliły. Opadłam na ziemię, głośno łkając. Zaczęłam się powoli czołgać, chcąc dotrzeć do swojego pokoju. Zamknąć się na klucz, żeby ten gnój nie mógł już mnie tknąć. Jak wielką idiotką musiałam być, wracając tu? Jeszcze nigdy mnie tak nie potraktował. Mój brzuch płonął, z ust i nosa lała się krew. Prawdopodobnie większość twarzy była oznaczona fioletowymi siniakami. Nie byłam w stanie powstrzymać łez, mimo iż nie chciałam płakać. Czołgałam się powoli. Dotarłam do schodów, obok których leżała rzucona moja torba. Kiedy zaczęłam się szarpać z ojcem, spadła mi z ramion i wylądowała tutaj. 
Zaczęłam w niej szperać w poszukiwaniu telefonu. Kiedy w końcu znalazłam urządzenie, wybrałam numer Chris'a. Patrzyłam się chwilę na zieloną słuchawkę. Nie. Nie. Znalazłam numer Theo. Ponownie gapiłam się na zieloną słuchawkę. Może dam radę? Nie chcę dzwonić do brata, nie chcę przeszkadzać mu w pracy, mimo że tak bardzo jest mi teraz potrzebny. Ma swoje życie. Musi zarabiać.
Nacisnęłam zieloną słuchawkę i przyłożyłam komórkę do ucha. Proszę Theo, odbierz.
- Ari? - usłyszałam jego zmartwiony głos.
- Możesz przyjechać? - załkałam.
- Zaraz będę. Co się stało? - czułam, jak bardzo się martwi.
- Po prostu przyjedź - zacisnęłam zęby - Drzwi są otwarte - i rozłączyłam się, zanim zdążył powiedzieć coś jeszcze. Nie chciałam tłumaczyć mu wszystkiego przez telefon. Chciałam się do niego przytulić i wypłakać. Wiedziałam, że mi pozwoli. To mój najlepszy przyjaciel, brat. Będę prawdopodobnie musiała go powstrzymać przed zapierdoleniem mojego ojca. Czego nie powiem o Chris'ie. On ma wolną rękę. Na pewno nie będzie się hamował. Nigdy nie byłam w takim stanie przez tatę.
Podniosłam się do pozycji siedzącej, opierając się plecami o ścianę. Przyłożyłam rękę do brzucha, krzywiąc się. Drugą otarłam krew z twarzy, jednak mało to dało. Przymknęłam oczy. Zaczęłam głęboko oddychać, chcąc oczyścić umysł. Przestałam płakać, jednak wciąż z mojego gardła wydobywały się ciche jęki, a klatka drżała. 
Myślałam, że będę musiała tak siedzieć w nieskończoność. W końcu usłyszałam hamowanie samochodu pod bramą. Kąciki lekko się podniosły. Theo wpadł do domu, krzycząc moje imię. Nie odezwałam się, ponieważ zaczął biegać po domu i już po chwili mnie zauważył. Natychmiast znalazł się przy mnie, delikatnie dotykając mojej twarzy.
- Ja pierdolę - wyszeptał, a na jego twarzy pojawił się grymas wściekłości i przerażenia - Co ten chuj... - zacisnął zęby - Jak on mógł?!
Pokręciłam głową, łapiąc koszulkę przyjaciela w ręce. Zaczęłam cicho płakać, a on mocno mnie objął, delikatnie przytulając, aby nie wyrządzić mi żadnej większej krzywdy. Zaczęłam głośno łkać, nie chcąc wypuścić jego koszulki z rąk. Miałam gdzieś, że zaślinię mu podkoszulek, że może być mu niewygodnie; chciałam po prostu płakać.
- Żałuję, chlip, że tu, chlip wróciłam - jego dłoń delikatnie gładziła mnie po plecach. Trząsł się. Ze złości? - Nie zostawiaj mnie, proszę...
- Nie zostawię - wyszeptał mi do ucha - Nigdy. A ten skurwiel zapłaci za to, co Ci zrobił.
Chwyciłam jego rękę i odchyliłam głowę w tył, aby móc spojrzeć w jego twarz. Oczy chłopaka rozszerzyły się i zwęziły, kiedy zobaczył jak wyglądam.
- Zostaw go - jęknęłam, ocierając łzy. Każdy dotyk palił moją skórę. Bałam się nawet spojrzeć w lustro - Na pewno zdajesz sobie sprawę z tego, że mój brat mu tego nie popuści. Nie mieszaj się w to - pokręciłam głową. 
Chłopak lustrował moją twarz. Odgarnął moje lepiące się od krwi włosy.
- Powinnaś jechać do szpitala - mruknął, a ja od razu zaprzeczyłam.
- Nie, nic mi nie jest.
- Nie, wogóle! - oburzył się - Wiesz, jak wyglądasz?!
- Po prostu mi pomóż - szepnęłam.
Theo westchnął, wywracając oczami. Najdelikatniej jak mógł, podniósł mnie w górę, trzymając w ten sposób, jakby bał się, że zaraz mu wylecę i rozpadnę się na milion kawałeczków. Poszedł do łazienki i postawił mnie na ziemi. Oparłam się mocno o umywalkę, krzywiąc z bólu. Zanim mnie puścił, upewnił się, że sama stoję i zajął się opatrywaniem mojej twarzy. Otarł całą krew. Przyłożył mokry ręcznik do lewego policzka, uważnie przyglądając się drugiemu policzkowi.
- Będziesz miała limo i zaczerwieniony łuk brwiowy, poza tym nie wygląda źle.
Większość to były kopniaki... dlatego tyle krwi ciekło mi z ust i nosa. Bardziej bolały mnie żebra niż twarz. Mocno podpierałam się rękami. Stałam, ale nie oznaczało to, że nie boli. Bolało. Bardzo.
Kiedy chłopak całkowicie opanował moją twarz, spojrzał w dół, po czym na mnie.
- Mogę? - spytał, a ja skinęłam głową.
Mimo gównianego samopoczucia, uśmiechnęłam się. Chłopak zaczął podnosić koszulkę do góry, przyglądając się mojemu brzuchowi, jednak widziałam, że nie jest mu za wygodnie i łatwo. Podniosłam ręce w górę.
- Ściągaj.
Theo również się uśmiechnął i po chwili stałam bez bluzki. Wcale się nie krępowałam. Theo również. Całkowicie był skupiony na moim fioletowo - czerwonym brzuchu. Od samego dołu po mostek czułam ból i właśnie tam moja skóra miała inny kolor. Jęknęłam, kiedy przyjaciel dotknął najbardziej poranionego miejsca, którym było żebro pod sercem.
- Nie sądzę, aby były złamane - mruczał. Nie odwracał wzroku od mojego brzucha.
- Co ty, lekarz? - zażartowałam. A bynajmniej chciałam, ale wciąż czułam się tak gównianie, że mimo każdego kawału czy uśmiechu i tak nie było mi do śmiechu.
- Może kiedyś - ponownie zmoczył ręcznik i przyłożył mi do brzucha. Drgnęłam z powodu zimna i bólu.
W tym momencie usłyszeliśmy na dole trzask drzwi. Otworzyłam szerzej oczy. Proszę, niech to nie będzie ojciec, proszę, niech to nie będzie ojciec.
- Jeśli to ten skurwiel... - Theo zacisnął dłonie w pięści, wypuszczając ręcznik z rąk. Odwrócił się i ruszył w stronę drzwi.
- Theo - chwyciłam go za rękę, zginając się w pół z powodu bólu. Złapał mnie szybko, mocno obejmując. Osoba szła do łazienki. Wstrzymałam oddech, a chłopak zacisnął zęby.
Błagam, tylko nie ojciec, błagam, tylko nie on. Proszę...

niedziela, 18 września 2016

Rozdział 3

Wiedziałam, co Chris myśli o pomyśle, aby wyprowadził się z domu, jednak nie chciałam go ograniczać. Tylko ja go trzymałam. Miał pracę, dobrze płatną, stać go było na własne mieszkanie i utrzymanie siebie. Zastanawiałam się nieraz czy może nie wyprowadzić się razem z nim do czasu aż nie skończę osiemnastki. Chris nie zgadzał się na to. Na pewno pasował mu ten pomysł, ale odpowiedzialność siedziała w jego głowie. Byłoby to uznane jako ucieczka z domu, a tego dla mnie nie chciał, nie w tak młodym wieku, nie po tym, co robiłam przez cztery lata.
Siedziałam z głową utkwioną w chemii. Nie mogłam opuszczać więcej dni w szkole. Jeszcze parę i skończy się telefonem do opiekuna. Tego nie chciałam najbardziej na świecie. Marzyłam w tym momencie, aby wyrwać się gdzieś z Theo i Lu, jednak chłopak zajęty był ogarnianiem własnego mieszkania, które ledwo co kupił, a Lu każdą wolną chwilę spędzała z Luke'iem. Nie interesowałam się chłopakiem, czego nie mogłam powiedzieć o nim. Nieraz łapałam go na tym, że kiedy przez przypadek wpadałam na nich w mieście, on jeszcze długo za mną patrzył. Widziałam, że zależy mu na Lucy, byłam nawet lekko zaskoczona, ponieważ ten związek trwał już prawie miesiąc, co jak na moją przyjaciółkę to cud. Nie widziałam innego pomysłu na dziwne zachowanie Luke'a jak to, że mówił prawdę. Kurczę, dlaczego ktoś chciałby mnie na kartę przetargową? Chodzi o pieniądze? Chris znalazł sobie naprawdę jakiś wrogów? Nie wiedzieć dlaczego, było to zbyt oczywiste i wiedziałam, że chodzi o coś jeszcze. Ale o co? Miałam podejrzenia, że wszystko może mieć głębsze dno. Wciąż plątałam się między: co jest prawdą, a co kłamstwem. Mogłam wierzyć Luke'owi, a mogłam mu nie wierzyć. Jeśli nie chciałam mu wierzyć, ale coś w głowie sądziło, że jednak grozi mi niebezpieczeństwo, mogłam zostawić wszystko chłopakowi. W końcu sam ostatnio powiedział, że ,,resztę mam zostawić jemu". I znowu pojawia się to samo pytanie, czy mogę zaufać Luke'owi Hemmings'owi?
Walnęłam ręką w książkę od chemii. Wstałam i poszłam do pokoju brata. Nie było go w domu od rana, tak jak zresztą ojca, więc miałam dom dla siebie. Wyciągnęłam z szafy paczkę fajek i wyszłam na balkon. Nawet nie fatygowałam się wracaniem do pokoju. Odpaliłam papierosa i usiadłam na chłodnej posadzce. Nudziło mi się, nic mi się nie chciało i byłam w całkowitej niewiedzy.
Postanowiłam się przejść. Wpakowałam do kieszeni jakieś drobniaki, włożyłam w uszy słuchawki i przejrzałam się w lustrze. Czarne rurki, kremowa koszulka na ramiączkach włożona w spodnie i limonkowe conversy. Włosy spięłam w luźny kok i ruszyłam.
Szłam spokojnie, jakby znudzona całym światem. Tu przebiegło jakieś dziecko, tu przejechał samochód, tu jakaś para wyszła z psem na spacer. Nic konkretnego. W tym momencie cały świat mnie nudził. Ciekawe czy Chris dalej zadaje się z tamtym kolesiem. Sama rozpoczęłam tę sytuację, ale chłopak nie musiał mnie łapać za szyję. Zachował się jak dupek i miałam wielką nadzieję, że mój brat go olał.
Uważnie obejrzałam się na prawo i lewo, po czym przemknęłam przez ulicę. Weszłam do parku. Czy muszę mieć tak cholerne szczęście? Z naprzeciwka szedł Luke razem z jakimś chłopakiem. Luke jak Luke, cały na czarno. Tym razem miał na sobie koszulkę Iron Maiden ze ściętymi rękawami. Jego kolega wyglądał... śmiesznie. Czarne rurki, szary t-shirt i włosy... czarno - białe, ułożone na lewo. Wywróciłam oczami, ściągając słuchawki. Bez rozmowy się nie obejdzie. Chłopacy po chwili również mnie ujrzeli. Mina Luke'a od razu stała się rozbawiona, a chłopak obok zwyczajnie patrzył.
- Cześć, skoczku - powiedział blondyn, stając przede mną.
Machnęłam mu ręką.
- Michael - przedstawił się kolorowowłosy.
- Ari - odparłam, z lekkim uśmiechem. Przypomniałam sobie sytuację, która miała miejsce po wyścigach. ,,Mike mnie zabije". O tego chłopaka mu chodziło? I znowu myśląc jak chłopak mi wtedy pomógł, moje serce zmiękło. Mimo wszystko wkurzył mnie tym, że chodził sobie tak o po moim domu, jednak sam w sobie nie był jakiś złośliwy.
- Wiem - mrugnął mi chłopak, a ja podniosłam brwi. Zanim jednak zdążyłam coś powiedzieć, on odezwał się ponownie - Idziesz z nami coś zjeść?
- A Lucy? - zwróciłam się do Luke'a.
- Matka zabrała ją na jakieś zakupy czy coś - wzruszył ramionami - Idziesz?
Nie miałam nic lepszego do roboty, a ich towarzystwo całkiem mi pasowało. Byleby Luke ponownie nie zwiedzał mi domu.
- Spoko.
Na początku kompletnie nie wiedziałam co mówić, jednak po chwili rozmowa zaczęła się kleić i kiedy zamówiliśmy pizzę, gadaliśmy jak starzy, dobrzy znajomi. Co jakiś czas Luke walnął jakiś żartobliwy komentarz, co niezbyt mnie śmieszyło, no ale... Na początku jego głos jeszcze nieco działał mi na nerwy, ale potem wszystko samo się zgrało i świetnie się bawiłam.
- Widzisz, jednak jesteś w stanie ze mną pogadać - mruknął blondyn, biorąc kolejny kawałek pizzy.
- Jestem, jak nie szperasz mi w domu.
- Co? - Michael zakrztusił się colą i zaczął się śmiać - Miałeś ich tylko odwieźć do domu, a nie udawać zwiedzacza.
- Tylko odwieźć? - jego słowa zwróciły moją uwagę - Też o tym wiedziałeś...
- Oczywiście. Sam was znalazłem - przez chwilę wydawało mi się, że chłopak mówi impulsem i łatwo będzie wydobyć z niego prawdę, jednak cholernie się pomyliłam. Był niesamowicie inteligentny i z największą precyzją wypowiadał każde słowo.
- Jak? - podparłam się rękami.
On zrobił to samo.
- Chciałabyś wiedzieć, co? - uśmiechnął się.
- Co wy przede mną ukrywacie - wywróciłam oczami.
- Nic, skoczku - zaśmiał się Luke.
- Przestań, co ty masz z tym skoczkiem - pokręciłam głową. Widać było gołym okiem, że coś wiedzą.
- Tak już zostanie - o nie, serio?
- Dlaczego nie chcecie mi powiedzieć tego, co wy wiecie?
- A co wiemy? - uśmiech wciąż nie schodził Michael'owi z ust.
Wypuściłam spokojnie powietrze. Nie chciałam im pokazać jak bardzo mnie wkurzali w tym momencie. Może nawet o to im chodziło. Zdawkowe odpowiedzi, głupkowate uśmiechy.
- To co wiecie - odpowiedziałam, szeroko się uśmiechając - Zacznijmy od Ciebie - wskazałam na Luke'a - skąd miałbyś wiedzieć o jakiś wrogach mojego brata, tym bardziej o tym, co chcieliby mi zrobić. I dlaczego mieliby mnie brać na kartę przetargową.
Chłopak patrzył się przez chwilę na mnie, jakby zastanawiając się ile może mi powiedzieć, aż w końcu się odezwał.
- Jak mówiłem, znam tu dużo osób, mam swoje kontakty, wiem co nieco. Twój brat mógł narobić sobie sporych problemów, a najłatwiej kogoś zranić i zmusić do czegoś poprzez najbliższych.
- Dlaczego mój brat mi tego nie powiedział?
- Może chciał Cię chronić? Nie mieszać w to? - Luke podniósł dłonie - Nie wiem.
- Dlaczego ty chcesz mnie chronić? - jeśli chłopak żartował sobie ze mnie, to pytanie było kompletnie śmieszne, jednak musiałam je zadać, jeśli mówił prawdę.
- My - wtrącił Michael, poprawiając włosy. Kolejny z takim nawykiem?
- Dlaczego? - ponagliłam pytanie.
- Tego już dowiesz się kiedy indziej - mruknął Luke, wyciągając telefon.
- Dlaczego? - jęknęłam, zirytowana. Niewiedza i ciekawość były nie do zniesienia.
- Bo tak - Luke nawet nie podniósł wzroku znad komórki, a Michael całkowicie skupił się na pochłanianiu ostatniego kawałka pizzy. Zwinnie mu go zabrałam i sama dokończyłam, na co chłopak zareagował obudzeniem. Wziął łyka coli przez słomkę, wycelował ją we mnie i cała cola, którą nabrał w usta poleciała na mnie. Pisnęłam cicho. Otarłam oczy, łapiąc szklankę i chlustając zawartością w twarz chłopaka. Połowa poleciała na Luke'a. Zaczęłam się głośno śmiać, za to Luke był wściekły. Mroził mnie wzrokiem, aż jego wzrok natrafił na sos sojowy.
- Nie - pokręciłam głową - o nie, nie zrobisz tego. Nie...
Zrobił. Polał całe moje włosy sosem. Znowu pisnęłam, tym razem wracając na nas uwagę personelu. Zanim ktokolwiek zdążył do nas podejść, Luke wyłożył na stół pieniądze i wybiegliśmy z knajpy. Po chwili staliśmy, śmiejąc się z nas samych.
- Nienawidzę was - stwierdziłam, próbując ściągnąć sos z włosów.
- Ty zaczęłaś - zachichotał Mike. Sama nie mogłam powstrzymać chichotu, jego humor umiał wejść w kości - Co teraz?
- Ja osobiście poszłabym do parku - pokiwałam głową. Bawił mnie mój własny pomysł - Jest tam fontanna.
Chłopcy wymienili rozbawione spojrzenia i ruszyliśmy w stronę parku.
Uśmiechnęłam się, kiedy wokół fontanny nie dostrzegłam ludzi, więc weszłam do niej, brodząc w wodzie po kolana. Luke śmiał się głośno, nagrywając mnie, Mike za to nie mógł się powstrzymać i wrzucił Luke'a do fontanny, chwilę wcześniej przejmując jego telefon. Teraz ja z Luke'iem staliśmy się aktorami. Usiadłam w wodzie i zanurzyłam całą głowę, nie do końca wierząc, że naprawdę to robię. Byłam w środku Sydney! W dzień! Wynurzyłam się z wody, szczerząc się do kamery. Wyszłam powoli i w głowie zrodził mi się pomysł. Podeszłam do kolorowowłosego, zanim zdążył zareagować i przytuliłam go, tak, że i on był cały mokry. Ten odepchnął mnie, uciekając jak najdalej. W końcu wyłączył telefon, a Luke wyszedł z fontanny.
- Czy my właśnie siedzieliśmy w fontannie? - spytałam się ich, wyciskając włosy. Tak, świetnie wyglądam.
- Zdecydowanie Ci odwaliło, skoczku - blondyn pokręcił głową, stojąc bezradnie. Wyglądał jak mokra kura, z włosów skapywały kropelki wody, ubrania przyległy do niego, tak jak i do mnie, ale chociaż jego kolczyk pozostał nienaruszony. Musiałam przyznać, że niesamowicie zmienił się przez te pół roku.
- Zamknij się - uderzyłam go żartobliwie pięścią w ramię.
Wyciągnął rękę w stronę Michael'a, a ten oddał mu telefon. Luke odszedł od nas i wykonał połączenie.
Ponownie uśmiechnęłam się głupkowato w stronę chłopaka i zaczęłam do niego iść, aby go przytulić, jednak on odczytał moje zamiary i zaczął uciekać. Nie miałam z nim szans, więc po chwili poddałam się i czekałam, aż sam do mnie podejdzie. W końcu odpuściłam sobie tę zabawę i zaczęliśmy rozmawiać. Usiedliśmy na ławce. Wyciągnął w moją stronę paczkę fajek, a ja, jak to miałam w zwyczaju wyciągnęłam. Kiedy Ci dają, bierz.
- Kiedy kończysz osiemnaście? - spytał Mike.
- Za cztery miesiące - odparłam, z miną męczennika - A ty ile masz?
- Dziewiętnaście - czyli wiek Chris'a.
- A Hemmings?
- Osiemnaście niedawno, więc musi się czasami popisać - mrugnął mi porozumiewawczo.
- Jasne - przypomniało mi się jak jechał ze mną dwieście na godzinę po obwodówce, gdzie o mało nie dostałam zawału.
- Wiem, że chcesz wiedzieć wszystko - jego ton diametralnie się zmienił. To nie był ten żartobliwie inteligenty Michael - ale nie teraz. To wszystko jest bardziej zagmatwane. Nasze sprawy plączą się z Twoim bratem. Wytłumaczymy Ci wszystko, ale nie teraz. Proszę, uzbrój się w cierpliwość. I uważaj na siebie - mocno zaciągnął się papierosem.
- Nie jest tak łatwo - westchnęłam - Odpowiadacie mi zdawkowo, nawet nie wiem czy wam wierzyć, nic się nigdy nie stało, a Luke wyskoczył nagle z czymś takim... to jest po prostu prawie niemożliwe. Jakbyście robili sobie ze mnie zwykłe żarty. Na dodatek poznałam Cię trzy godziny temu, a ty mówisz mi takie rzeczy. Co mam na coś takiego powiedzieć?
- Nie musisz nic - chłopak pokręcił głową- bylebyś na siebie uważała, a resztę zostaw nam.
No tak, Luke powiedział to samo.
- Już to słyszałam - skrzyżowałam ręce, jednak wiedziałam, że nie uzyskam nic więcej.
Mike podniósł bezradnie ręce w górę. W końcu Luke skończył rozmawiać i podszedł do nas.
- Musimy iść - nawet na mnie nie spojrzał. Jego ton był zbyt poważny i ponury jak na Luke'a Hemmings'a.
- Wszytko okej? - spytałam.
- Tak, tylko trochę nam się śpieszy - czyli nic nie jest okej. Nie pytałam się o nic więcej, skoro mnie zbył, nie chciał mi powiedzieć, co się stało. Równie dobrze sprawa mogła mnie nie dotyczyć, więc nie miałabym pojęcia co do mnie mówią - Odprowadzić Cię?
- Nie, poradzę sobie - pokręciłam głową, wstając.
Luke chwilę patrzył na mnie, jakby niezdecydowany. Sam pokręcił głową.
- Odprowadzimy - stwierdził, a ja zachichotałam.
To po co się pytał? Szliśmy szybkim krokiem, niby rozmawiając, jednak czułam w ich głosach napięcie.
Stanęliśmy pod moim domem.
- Dzięki - uśmiechnęłam się, a Mike objął mnie na pożegnanie. Nieco się zdziwiłam ale odwzajemniłam uścisk.
- Uważaj na siebie - Luke skinął mi głową.
Pomachałam im jeszcze i weszłam do domu. Nic z tego wszystkiego nie rozumiem...
Zanim uświadomiłam sobie, że Chris prosił mnie, abym nie siedziała w domu po południu, bo tata na pewno będzie i będzie pił, było już za późno. Weszłam do salonu, przez chwilę patrząc, jak odkłada piątą, pustą butelkę piwa. Chciałam wyjść niezauważona, jednak jego wzrok osiadł na mnie.
- Część - powiedziałam cicho.
- Ari, kochanie - uśmiechnął się.
Cholera, ile on tego wypił? Powoli podeszłam, lustrując wzrokiem puste butelki po piwie i jedną po wódce. Zaczynałam czuć się bardzo nieswojo.
- Posiedź ze staruszkiem - mruknął do mnie.
Przez chwilę myślałam, czy nie wymyślić czegoś na poczekaniu, lecz ostatecznie usiadłam na kanapie.
- Dużo wypiłeś - mruknęłam.
- Trochę... Jesteś taka podobna do niej - zesztywniałam.
- Do mamy? - wyszeptałam.
- Tak. Tak bardzo podobna... Tęsknię za nią, zostawiła mnie sama z wami, jestem beznadziejnym ojcem, nic nie wiem, nic nie umiem... - jego głos się załamał, a w oczach pojawiły się łzy.
Mogłam go nienawidzić za to, jak się zachowywał, ale to wciąż był mój ojciec. Zawsze cierpię kiedy krzyczy na nas, kiedy podnosi na nas rękę. Dlatego teraz sama nie mogłam powstrzymać łez. Dlaczego nic nie pamiętam? Co się wydarzyło w dniu jej śmierci?
- Przepraszam, tato - załkałam - to moja wina, ja... przepraszam.
- Twoja, moja, kto wie - zakrył dłońmi twarz, kręcąc głową - Idź się uczyć...
Wstałam i pobiegłam do pokoju. Padłam na łóżko, chowając twarz w poduszkę. Zaczęłam głośno płakać, olewając jak bardzo jestem przemoczona. Wspaniałe wspomnienia i dobry humor zniknęły natychmiast. Płakałam długo, aż w końcu przyszedł sen. Jednak nawet on nie mógł ukoić mojego złamanego serca.