wtorek, 20 września 2016

Rozdział 4

Zadzwonił dzwonek lekcyjny. Ze znudzeniem podniosłam się z ziemi, wymieniając z Theo spojrzenia. Wziął moją torbę i weszliśmy do klasy. Rozsiedliśmy się w ostatniej ławce, nie przestając rozmawiać.Opowiadałam mu o ostatnim spotkaniu z chłopakami. Szczególnie wdałam się w szczegóły przy opisie zdarzeń z parku.
- Sama nie wiem, jakim cudem wpadłam na ten pomysł i nie wierzę, że wogóle weszłam do tej fontanny - zaczęłam się śmiać.
Theo wywrócił oczami, opierając głowę na moim ramieniu i śmiejąc się głośno.
- To ja widzę ciekawie było. Fontanna, cola, kobieto, bo się Lu wkurzy - dał mi żartobliwego kuksańca, a uśmiech nie schodził z jego twarzy.
Zmroziłam go wzrokiem.
- Nie nakapuj mnie tylko - rzuciłam ostrzegawczo, oddając mu pod żebra.
- Wiadomo, przecież żartuję. Zdaję sobie sprawę, że nic cię z Luke'iem nie łączy i nie zrobiłabyś tego Lu - mroziłam go wzrokiem jeszcze bardziej, czując jego sarkastyczny ton - Nie jestem w stanie wyobrazić sobie Ciebie i blondaska... - walnęłam go pięścią w ramię.
Oburzone jęknięcie Theo zagłuszył trzask zamykanych drzwi. Nauczyciel pojawił się w klasie, więc trochę ograniczyliśmy się ze śmianiem, jednak wciąż nie przestawaliśmy gadać.
- Zamknij się - warknęłam, teatralnie wywracając oczami.
Boże, tak, Luke był przystojny, ale w życiu bym w ten sposób o nim nie pomyślała. Ja i on... Nie! Theo również należy do naprawdę dobrych przystojniaczków i pierwsze co, kiedy go zobaczyłam sześć lat temu, nie znając go, to myśl, że chłopak naprawdę będzie miał branie. Był dosłownie piękny. Jednak teraz jest moim najlepszym przyjacielem i mimo że wciąż uważam o nim to samo, nigdy bym nie pomyślała o byciu z nim.
- Wiesz, że żartuję - mruknął, widząc moją minę.
- Wiem - odparłam, żartując sobie z niego.
Pokręcił głową, jednak zanim zdążył powiedzieć coś jeszcze, z głośników dobiegł głos dyrektora.
- Ari Lyrge, proszona do mojego gabinetu.
Zmarszczyłam brwi, patrząc na Theo.  Widząc jego zdziwione spojrzenie, wzruszyłam jedynie ramionami. Odprowadzona oczami całej klasy, wyszłam na korytarz i ruszyłam w stronę gabinetu. Szłam normalnie. Nic nie przeskrobałam, więc nie miałam czego się bać. Byłam bardzo ciekawa, po co dyrektor mnie wezwał.
Zapukałam, a po usłyszeniu cichego ,,proszę", weszłam. Przywitałam się z mężczyzną i usiadłam na krześle, które wskazał.
- Ari - po usłyszeniu jego tonu wiedziałam, że przejdzie od razu do rzeczy i zaczynałam się lekko martwić; jego ton był bardzo poważny - wezwałem Cię tu w pewnej niezbyt przyjemnej sprawie. Dokładniej, dowiedziałem się... - zatrzymał się, a mnie aż zmroziło, po usłyszeniu kolejnych słów - że Twój ojciec znęca się nad Tobą.
Kto mógł powiedzieć mu coś takiego? Było to całkowicie przesadzone. Tak, podniósł na mnie rękę parę razy, nie zaprzeczę, lecz nie było to codziennie. Bywały dni, że nawet się z nim nie widziałam.
- Słucham? - otworzyłam oczy - Kto powiedział panu coś takiego?
- Nie mogę powiedzieć - no tak, tajemnica ,,spowiedzi" - jednak zaniepokoiła mnie ta wiadomość i postanowiłem z Tobą porozmawiać. Nie wiem czy jest to prawdziwa informacja czy nie, nie mogę tego  zignorować. Nigdy nie widziałem żadnych negatywnych sygnałów czy zachowań u Ciebie, dlatego Ari - uważnie spojrzał mi w oczy - powiedz mi, czy ojciec coś Ci robi?
Pokręciłam gwałtownie głową. Zbyt gwałtownie. Skarciłam się w myślach i uspokoiłam organizm.
- Nie wiem kto powiedział panu coś takiego, ale ktoś chyba naprawdę chce mnie udupić - nie hamowałam się ze słowami - tata nigdy nie podniósł na mnie ręki i nigdy tego nie zrobi.
Skłamałam samą siebie. Myślałam gorączkowo, kto mógł powiedzieć mu coś takiego. Lucy i Theo nigdy, a tylko oni o tym wiedzieli. I tak nie wiedzieli wszystkiego. Nie znali codziennych kłótni czy bójek między ojcem a moim bratem. Kto do cholery mógł na mnie nakapować?
Jednak jego następne słowa zamurowały mnie jeszcze bardziej, a ja cała wbiłam się jeszcze mocniej w krzesło.
- Wiem również o Twoich ciągłych odwiedzinach na wyścigach, Arienne - pokręcił głową - zacząłem się zastanawiać, czy to przez problemy rodzinne, czy problemy rodzinne powstały na wskutek twoich wybryków.
Zamurowało mnie. Co miałam powiedzieć? Jego głos nie brzmiał już współczuciem, a lekkim żalem.
- Powiem wprost, nie czepiałbym się o to, gdybyś nie chodziła na wyścigi w czasie szkoły. Nie patrzę już nawet na to, że nie masz skończonego osiemnastego roku życia. Wagarujesz, łamiąc prawo. Niestety muszę powiadomić Twojego ojca, ale najpierw chcę usłyszeć od Ciebie prawdę. Co się dzieje?
Dalej siedziałam wbita w krzesło. Wystarczyło, by facet powiedział, że mnie zawiesza. Powiadomić ojca? Już po mnie... I co, do cholery mam mu w tej sytuacji powiedzieć?
- Tak, chodzę na wyścigi - musiałam zważać na słowa - nie jeżdżę, oglądam tylko. Sama z własnej woli tam chodzę i nie ma to nic wspólnego z moim ojcem. On nic mi nie robi. U mnie w domu jest wszystko w porządku.
Mężczyzna dość długą chwilę lustrował mnie wzrokiem, na co czułam się bardzo niezręcznie i chciałam jak najszybciej opuścić to pomieszczenie.
- Jesteś w ostatniej klasie, więc nie będę Cię zawieszał - odetchnęłam z ulgą, dosłownie drąc się wewnątrz ze szczęścia - jednak ostrzegam Cię, uważaj. Muszę powiadomić Twojego opiekuna, więc nie zdziw się. Skończ tę klasę w spokoju i wtedy sobie szalej. Pierwsza i ostatnia szansa, Ari.
Skinęłam tylko głową, przełykając ze strachem ślinę. Wyszłam szybko po jego pozwoleniu i poleciałam do łazienki. Obmyłam twarz zimną wodą i zajęłam się robieniem sobie kłosów, warkoczy i innych takich. Jedyne czego się bałam, to telefon do ojca. Za całą resztę byłam wściekła. Kto mógł na mnie donieść? Cholera jasna.
Nie wróciłam od razu na lekcję. Właściwie to wogóle nie wróciłam na lekcję. Weszłam pół minuty przed dzwonkiem na przerwę, aby tylko wziąć plecak.
- Co jest? - spytał Theo, jednak ja nie odpowiedziałam.
Spakowałam się szybko i tuż po dzwonku wybiegłam na przerwę, kierując się w stronę tylnego wyjścia ze szkoły. Theo natychmiast do mnie podbiegł.
- Hej, Ari, o co chodzi? Co powiedział dyrektor? - ponownie go olałam. Nie chciało mi się przekrzykiwać tłumu gnojków drących się na całe głosy. Kierowałam się w stronę ,,wyjścia na fajkę". Na szczęście przyjaciel mnie nie zatrzymywał, tylko szedł na równi ze mną. Pchnęłam agresywnie drzwi, wchłaniając świeże powietrze. Drzwi zamknęły się z hukiem, jednak nie zwróciłam na to uwagę. Minęłam pierwszoklasistów, idąc pod murek. Szybko wyciągnęłam paczkę, którą podkradłam bratu i wzięłam szluga. Rzuciłam paczkę przyjacielowi, odpalając sobie fajkę.
- Ktoś na mnie nakapował - warknęłam - powiedział, że ojciec się nade mną znęca i o wyścigach.
- Co? - chłopak spojrzał na mnie wielkimi oczami, zatrzymując zapalniczkę tuż przed ustami, w których trzymał papierosa. Odpalił go, lekko kręcąc głową - Kto mógł okazać się taką szują? Po cholerę na Ciebie kapować?
Wzruszyłam ramionami, cały czas się mocno zaciągając. Byłam zbyt wściekła, aby normalnie rozmawiać z chłopakiem.
- Co dokładnie mówił?
Powtórzyłam mu rozmowę prawie co do słowa. Od razu po zakończeniu odpaliłam kolejnego papierosa. Na szczęście nasza klasa miała teraz okienko, więc nie musiałam się przejmować, że w całej sali będzie ode mnie śmierdzieć zapachem tytoniu.
Chłopakowi również podniosły ciśnienie moje słowa. Zaczął się zastanawiać, kto mógł mnie zgłosić i jaki miał w tym cel.
- Oprócz Ciebie i Lu o moim ojcu nie wiedział nikt - walnęłam płaską ręką w mur - a wam wierzę bezgranicznie, więc kto - szepnęłam.
Chłopak pokręcił głową.
-  Najgorsze jest, że ojciec się dowie - jęknęłam, przytulając się do Theo i ściskając jego koszulkę. Zaczął mnie pocieszająco głaskać po plecach.
- Mogę z Tobą siedzieć do wieczora albo jak chcesz, przenocuj u mnie.
Cholernie mnie to skusiło, jednak nie mogłam. Nie mogę uciec z domu, bo i tak będę się musiała z tym zmierzyć. Do końca roku szkolnego nawet nie chciałam się nigdzie ruszać oprócz szkoła-dom. Odechciało mi się wyścigów, picia, spania, wszystkiego. Stałam tak, nie chcąc puścić chłopaka. Byłam wkurwiona i przestraszona.
- Nie martw się - szeptał mi do ucha - Powiedz Chris'owi. Wiem, że nie chcesz mnie bardzo w to mieszać, mimo że chcę Ci pomóc, więc chociaż pogadaj z bratem.
Milczałam, co jakiś czas zaciągając się drugim już papierosem. W końcu odsunęłam się od chłopaka, biorąc głęboki wdech. Usiadłam na ziemi, wyciągając telefon. Puściłam jakąś rockową piosenkę i zaczęłam ją śpiewać. Theo usiadł obok mnie. Również zaczął śpiewać, na co popłakałam się ze śmiechu. Zaczął rapować niektóre teksty razem z wykonawcą, gestykulując rękami jak profesjonalista. Zaczęłam mu towarzyszyć i tak minęło nam całe okienko.


Skończyła się ostatnia lekcja. Nie dałam się namówić na żadne piwo, więc Theo podrzucił mnie pod dom. Staliśmy samochodem po drugiej stronie ulicy. Siedziałam z podkulonymi pod brodę nogami.
- Nie chce mi się tam iść - jęknęłam.
Tak, bałam się, ale też nie miałam zamiaru robić z siebie wielkiej ofiary. W drodze powrotnej zadzwoniłam do brata z pytaniem, kiedy będzie. Niestety zamienił się z koleżanką z pracy zmianami, więc siedział tam do wieczora. Nie chciało mi się nic, więc postanowiłam wrócić. Nie było pewności, że dyrektor już zadzwonił, więc nie musiałam aż tak się przejmować... Prawda?
- Na pewno nie chcesz do mnie?
Pokręciłam głową.
- Ale miej telefon przy sobie - uśmiechnęłam się do niego - w razie czego będziesz mógł gdzieś wyjść?
- Jasne - uśmiechnął się do mnie. Nachylił się i pocałował mnie w policzek.
Pociągnęłam rękawy bluzy w dół i wysiadłam z samochodu. Theo odjechał dopiero, kiedy zamknęłam drzwi domu. Wzięłam głęboki oddech i ruszyłam w stronę salonu. Udało mi się zrobić jedynie trzy kroki, a przede mną stanął ojciec. Był wściekły. Teraz żałowałam, że nie pojechałam do Theo. Nie wypowiedziałam nawet słowa. Moja głowa poleciała w prawo, a oczy automatycznie zrobiły się mokre. Spoliczkował mnie. Byłam w szoku. Łzy poleciały same, kiedy uderzenie przeszło przez moje nerwy. Poczułam poniżenie.
- Przepraszam - wyszeptałam tylko.
Wtedy poczułam kolejne uderzenie. Jednak ojciec dopiero się rozkręcał.


Leżałam na ziemi w salonie. Jego kroki powoli się oddalały, aż w końcu ucichły. Następnie usłyszałam mocny huk zamykanych drzwi. Płakałam, obejmując się rękami. Wszystko mnie bolało. Wokół widniały niewielkie plamy krwi. Spróbowałam wstać, jednak żebra mi na to nie pozwoliły. Opadłam na ziemię, głośno łkając. Zaczęłam się powoli czołgać, chcąc dotrzeć do swojego pokoju. Zamknąć się na klucz, żeby ten gnój nie mógł już mnie tknąć. Jak wielką idiotką musiałam być, wracając tu? Jeszcze nigdy mnie tak nie potraktował. Mój brzuch płonął, z ust i nosa lała się krew. Prawdopodobnie większość twarzy była oznaczona fioletowymi siniakami. Nie byłam w stanie powstrzymać łez, mimo iż nie chciałam płakać. Czołgałam się powoli. Dotarłam do schodów, obok których leżała rzucona moja torba. Kiedy zaczęłam się szarpać z ojcem, spadła mi z ramion i wylądowała tutaj. 
Zaczęłam w niej szperać w poszukiwaniu telefonu. Kiedy w końcu znalazłam urządzenie, wybrałam numer Chris'a. Patrzyłam się chwilę na zieloną słuchawkę. Nie. Nie. Znalazłam numer Theo. Ponownie gapiłam się na zieloną słuchawkę. Może dam radę? Nie chcę dzwonić do brata, nie chcę przeszkadzać mu w pracy, mimo że tak bardzo jest mi teraz potrzebny. Ma swoje życie. Musi zarabiać.
Nacisnęłam zieloną słuchawkę i przyłożyłam komórkę do ucha. Proszę Theo, odbierz.
- Ari? - usłyszałam jego zmartwiony głos.
- Możesz przyjechać? - załkałam.
- Zaraz będę. Co się stało? - czułam, jak bardzo się martwi.
- Po prostu przyjedź - zacisnęłam zęby - Drzwi są otwarte - i rozłączyłam się, zanim zdążył powiedzieć coś jeszcze. Nie chciałam tłumaczyć mu wszystkiego przez telefon. Chciałam się do niego przytulić i wypłakać. Wiedziałam, że mi pozwoli. To mój najlepszy przyjaciel, brat. Będę prawdopodobnie musiała go powstrzymać przed zapierdoleniem mojego ojca. Czego nie powiem o Chris'ie. On ma wolną rękę. Na pewno nie będzie się hamował. Nigdy nie byłam w takim stanie przez tatę.
Podniosłam się do pozycji siedzącej, opierając się plecami o ścianę. Przyłożyłam rękę do brzucha, krzywiąc się. Drugą otarłam krew z twarzy, jednak mało to dało. Przymknęłam oczy. Zaczęłam głęboko oddychać, chcąc oczyścić umysł. Przestałam płakać, jednak wciąż z mojego gardła wydobywały się ciche jęki, a klatka drżała. 
Myślałam, że będę musiała tak siedzieć w nieskończoność. W końcu usłyszałam hamowanie samochodu pod bramą. Kąciki lekko się podniosły. Theo wpadł do domu, krzycząc moje imię. Nie odezwałam się, ponieważ zaczął biegać po domu i już po chwili mnie zauważył. Natychmiast znalazł się przy mnie, delikatnie dotykając mojej twarzy.
- Ja pierdolę - wyszeptał, a na jego twarzy pojawił się grymas wściekłości i przerażenia - Co ten chuj... - zacisnął zęby - Jak on mógł?!
Pokręciłam głową, łapiąc koszulkę przyjaciela w ręce. Zaczęłam cicho płakać, a on mocno mnie objął, delikatnie przytulając, aby nie wyrządzić mi żadnej większej krzywdy. Zaczęłam głośno łkać, nie chcąc wypuścić jego koszulki z rąk. Miałam gdzieś, że zaślinię mu podkoszulek, że może być mu niewygodnie; chciałam po prostu płakać.
- Żałuję, chlip, że tu, chlip wróciłam - jego dłoń delikatnie gładziła mnie po plecach. Trząsł się. Ze złości? - Nie zostawiaj mnie, proszę...
- Nie zostawię - wyszeptał mi do ucha - Nigdy. A ten skurwiel zapłaci za to, co Ci zrobił.
Chwyciłam jego rękę i odchyliłam głowę w tył, aby móc spojrzeć w jego twarz. Oczy chłopaka rozszerzyły się i zwęziły, kiedy zobaczył jak wyglądam.
- Zostaw go - jęknęłam, ocierając łzy. Każdy dotyk palił moją skórę. Bałam się nawet spojrzeć w lustro - Na pewno zdajesz sobie sprawę z tego, że mój brat mu tego nie popuści. Nie mieszaj się w to - pokręciłam głową. 
Chłopak lustrował moją twarz. Odgarnął moje lepiące się od krwi włosy.
- Powinnaś jechać do szpitala - mruknął, a ja od razu zaprzeczyłam.
- Nie, nic mi nie jest.
- Nie, wogóle! - oburzył się - Wiesz, jak wyglądasz?!
- Po prostu mi pomóż - szepnęłam.
Theo westchnął, wywracając oczami. Najdelikatniej jak mógł, podniósł mnie w górę, trzymając w ten sposób, jakby bał się, że zaraz mu wylecę i rozpadnę się na milion kawałeczków. Poszedł do łazienki i postawił mnie na ziemi. Oparłam się mocno o umywalkę, krzywiąc z bólu. Zanim mnie puścił, upewnił się, że sama stoję i zajął się opatrywaniem mojej twarzy. Otarł całą krew. Przyłożył mokry ręcznik do lewego policzka, uważnie przyglądając się drugiemu policzkowi.
- Będziesz miała limo i zaczerwieniony łuk brwiowy, poza tym nie wygląda źle.
Większość to były kopniaki... dlatego tyle krwi ciekło mi z ust i nosa. Bardziej bolały mnie żebra niż twarz. Mocno podpierałam się rękami. Stałam, ale nie oznaczało to, że nie boli. Bolało. Bardzo.
Kiedy chłopak całkowicie opanował moją twarz, spojrzał w dół, po czym na mnie.
- Mogę? - spytał, a ja skinęłam głową.
Mimo gównianego samopoczucia, uśmiechnęłam się. Chłopak zaczął podnosić koszulkę do góry, przyglądając się mojemu brzuchowi, jednak widziałam, że nie jest mu za wygodnie i łatwo. Podniosłam ręce w górę.
- Ściągaj.
Theo również się uśmiechnął i po chwili stałam bez bluzki. Wcale się nie krępowałam. Theo również. Całkowicie był skupiony na moim fioletowo - czerwonym brzuchu. Od samego dołu po mostek czułam ból i właśnie tam moja skóra miała inny kolor. Jęknęłam, kiedy przyjaciel dotknął najbardziej poranionego miejsca, którym było żebro pod sercem.
- Nie sądzę, aby były złamane - mruczał. Nie odwracał wzroku od mojego brzucha.
- Co ty, lekarz? - zażartowałam. A bynajmniej chciałam, ale wciąż czułam się tak gównianie, że mimo każdego kawału czy uśmiechu i tak nie było mi do śmiechu.
- Może kiedyś - ponownie zmoczył ręcznik i przyłożył mi do brzucha. Drgnęłam z powodu zimna i bólu.
W tym momencie usłyszeliśmy na dole trzask drzwi. Otworzyłam szerzej oczy. Proszę, niech to nie będzie ojciec, proszę, niech to nie będzie ojciec.
- Jeśli to ten skurwiel... - Theo zacisnął dłonie w pięści, wypuszczając ręcznik z rąk. Odwrócił się i ruszył w stronę drzwi.
- Theo - chwyciłam go za rękę, zginając się w pół z powodu bólu. Złapał mnie szybko, mocno obejmując. Osoba szła do łazienki. Wstrzymałam oddech, a chłopak zacisnął zęby.
Błagam, tylko nie ojciec, błagam, tylko nie on. Proszę...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz