Ostatni raz przejrzałam się w lustrze. Szare oczy, ciemnobrązowe włosy, blada twarz. Od śmierci matki rzadko kiedy nabierałam kolorów.
Westchnęłam i wyszłam z pokoju. Kiedy zeszłam na dół, usłyszałam głośny trzask drzwi.
- Bezczelny gówniarz!
Weszłam do kuchni bez żadnego wyrazu twarzy, kompletnie nie zwracając uwagi na ojca. Czym znowu wyprowadził Chris'a z równowagi? Zwinnie zaczęłam robić sobie kanapkę, byleby tylko jak najszybciej opuścić to miejsce. Jeszcze o ile mój brat był w domu razem ze mną i ojcem, było okej, ale kiedy zostawałam z nim sama... po prostu czułam się nieswojo, jak nie we własnym domu, nie z własnym ojcem.
- A ty co? Nic nie powiesz? - warknął ojciec.
- Co mam powiedzieć? - spytałam, modląc się, aby nie zaczął się drzeć. Nienawidziłam tego.
- Zwyczajne cześć?
- Cześć...
- Świetnie - warknął ponownie i opuścił pomieszczenie.
Dzięki bogu. Jest cholernym ojcem. Minimalnie zmienił się po śmierci mamy. Po prostu przestał być tak agresywny. Jednak dogadać się z nim to cud. Nie wiem co miał w głowie, ale o wszystko się czepiał. Nieraz próbował podnieść na mnie rękę, ale wtedy zawsze Chris wchodził do akcji. A kiedy płakałam w pokoju, zawsze służył pocieszeniem czy fajką. Chociaż on mi został.
Ponownie usłyszałam huk zatrzaskiwanych drzwi. Wystawiłam głowę zza kuchni i dostrzegłam Theo. Podniosłam brwi.
- Tak bardzo tęsknisz, że musisz tu po mnie codziennie przychodzić? - zażartowałam.
- Zapomnij - jęknął sarkastycznie, rzucając plecak.
Z powrotem schowałam się do kuchni. Dokończyłam robienie śniadania, oczywiście nawet go nie tykając. Skoro Theo przyszedł, nie było szans abym to tknęła. Jak myślałam, wszedł za mną i chwycił za jedzenie.
- Człowieku - westchnęłam, zabierając się za robienie kolejnej.
Theo był dla mnie jak drugi brat. Dzieliłam się z nim każdym problemem, bólem, wszystkim co mnie dotykało. Były sprawy, których nie mówiłam Chris'owi. Theo był osobą, która o nich wiedziała.
- Lu ma dla nas kolejne nowości odnośnie kolejnego chłopaka poznanego na kolejnej imprezie - rzucił, żując jedzenie.
- O nie - jęknęłam - na każdej kogoś poznaje i nigdy nie wychodzi. Czy ona się kiedyś ogarnie?
- Teraz stwierdziła, że to ten jedyny - chłopak zaczął się głupkowato śmiać.
Ten jedyny... trzeba poznać Lucy, aby uświadomić sobie jaka ona jest naprawdę. Jeśli chodzi o imprezy, zawsze podrywała jakiegoś małolata, żeby po tygodniu stwierdzić, że to zwykła zabawa.
Pokręciłam głową. To niemożliwe, więc już byłam nastawiona na kolejne gadanie jaki to dupek.
- Chodźmy - mruknęłam, słysząc jak ojciec zbiera się na górze do wyjścia.
Rzuciłam się po torbę i już po chwili stałam na chodniku, czekając aż przyjaciel zbierze się do wyjścia. Kiedy już stanął obok mnie, wsiedliśmy do jego samochodu. Między innymi dlatego uwielbiałam jego ranne najścia; zawsze miałam podwózkę do szkoły.
Do szkoły? Zadzwonił mój telefon. Nieznany. Doskonale wiedziałam co usłyszę po drugiej stronie.
- Wyścigi za godzinę, namiary dostaniesz na mapce. Będziesz?
Uśmiechnęłam się. Spojrzałam na przyjaciela a on skinął mi głową, wiedząc kto dzwoni.
- Jasne.
Ponownie spojrzałam na chłopaka, uśmiechając się szeroko.
- Wie, jak sprawić aby nudny dzień stał się zajebisty - stwierdziłam.
- A więc gdzie? - chłopak odpalił samochód, czekając aż na moją komórkę przyjdzie zdjęcie mapy z konkretnymi namiarami. Pokazałam mu ją, a Theo wpłynął w tłum aut, opuszczając moją uliczkę.
Jeśli można coś o mnie powiedzieć, to to, że uwielbiam wyścigi. Nie ścigam się, ale mój braciszek tak. Nie wiedziałam czy dzisiaj będzie, mimo wszystko wyścigi zamiast szkoły to świetna opcja.
Obrzeża Sydney. Doskonale znam to miejsce. Zbyt często tu przebywam. Wyścigi stały się moim życiem. Patrzenie jak Chris jeździ, jak jeżdżą inni.
Wysiadłam z samochodu, natychmiast zostając przygniecioną do drzwi samochodu przez Lu.
- Słuchaj! - mocno nacisnęła na moje ramiona, abym tylko jej nie uciekła. Matko - byłam wczoraj na imprezie. Mega. Poznałam chłopaka...
I rozpoczął się monolog Lucindy Reeson. Jedyne co przyswoiłam, to że jest niesamowicie przystojny (powiedzmy szczerze, o każdym tak mówiła), ma błękitne, przejrzyste oczy i nazywa się Luke. Dlaczego to imię z kimś mi się kojarzy? Kiedy w końcu ucichła, odetchnęłam z ulgą. Theo zafundował nam piwo, szepcząc do ucha, że współczuje mi słuchania Lu. Zaczęliśmy się głośno śmiać, przez co zwróciliśmy na siebie uwagę paru osób.
I nagle, kiedy ujrzałam chłopaka wysiadającego z czarnego BWM, doskonale wiedziałam, skąd kojarzyłam imię Luke.
- To on? - spytałam Lucy, zwracając jej uwagę.
Podążyła za mną wzrokiem, a na jej twarzy pojawił się szeroki uśmiech.
- Tak - pisnęła, lecąc w jego stronę.
Pokręciłam głową. Skąd go znałam? Ścigał się pół roku temu tutaj, w Sydney. Nagle zniknął, a był całkiem niezły. Nieraz wygrywał, dostawał sporo kasy, raz nawet zagadał do mnie, jednak byłam na tyle wstawiona, że pamiętam jedynie jak pytał o moje imię.
Patrzyłam jak Lu przytula się do niego, a on głaszcze ją po plecach. Pokręciłam ponownie głową. Hm, pół roku temu nie miał kolczyka w wardze. Jego wzrok zatrzymał się na mnie i minimalnie skinął głową w moją stronę. Podniosłam brwi i zrobiłam to samo, nie do końca rozumiejąc o co chodzi. Przez chwilę patrzył się na mnie, aby po chwili zostać całkowicie zajętym przez moją przyjaciółkę.
Luke. Dlaczego przyprawiał mnie o dreszcze? Był przystojny, ale nie podobał mi się. Czułam przed nim... respekt.
Tłum zaczął się drzeć, ludzie wokół mnie całkowicie zasłonili mi widok, a ja wiedziałam, że zaraz zaczyna się wyścig. Przepychałam się jak najbardziej do przodu, chcąc ujrzeć cokolwiek. Kiedy ruszyli, ja jakimś cudem dopchałam się na sam początek. Czarna bmk'a na spokojnie ruszyła, zajmując trzecie miejsce. Nie widziałam samochodu Chris'a. Nie startował. Może i to lepiej? Widząc z jakim spokojem ruszył Luke, wiedziałam, że wygra.
I nie myliłam się. Dotarł na metę jako pierwszy, wyprzedzając chłopaka za sobą o cztery sekundy. Muszę przyznać, był jeszcze lepszy niż pół roku temu. Pamiętam jego wyścigi, kiedy to wjeżdżał minimalnie wystawiony w przód czy zwyczajnie drugi albo trzeci.
Poszłam po kolejne piwo, zastanawiając się gdzie uciekli mi Theo i Lu. Myślałam, że dziewczyna natychmiast wskoczy w ręce swojej ,,miłości", jednak pomyliłam się.
- Cześć - usłyszałam za sobą głos.
Odwróciłam się, lustrując go wzrokiem. Z bliska był jeszcze lepszy. Kiedy widziałam go ostatnim razem był zwykłym dzieciakiem. Niesamowite, jak zmienił się przez te pół roku. Nabrał masy. Obcisła koszulka Nirvany uwydatniała jego umięśnione ramiona i brzuch. Na twarzy było widać minimalny zarost, a oczy... były zimne i ciepłe zarazem. Patrzył przenikliwie ale z uczuciami.
- Hej - odparłam, biorąc łyk piwa - Wróciłeś - skwitowałam, mimo że dla mnie kompletnie się nie znaliśmy.
- Taa - poprawił włosy. Czy mi się wydaje czy on je prostuje? - zatęskniłem za Sydney. Arienne, tak?
- Ari - wzruszyłam ramionami.
- Okay. Luke - uśmiechnął się, pokazując nieco milszą stronę niż skinienie w moją stronę z dalekiej odległości.
- Wiem. Coś chcesz? - chciałam zabrzmieć jak najbardziej miło. Ciekawiło mnie dlaczego do mnie podszedł. Zapewne wogóle bym się tym tak nie zajęła gdyby wcześniej nie skinął głową.
- Chris wciąż jeździ? - wziął z moich rąk piwo i upił łyka.
- Mhm - zabrałam kubeczek, mrożąc go wzrokiem - Moje.
Zaśmiał się, pokazując szereg białych zębów, a ja już wobrażałam sobie, jak Lucy będzie mi o tym gadać. Każdy szczegół wyglądu Luke'a. Gorzej, kiedy zacznie opowiadać jak on całuje i co planuje z nim robić. Jeśli chodziło o chłopaków, Lu zachowywała się jak typowa blondynka. Zbyt bardzo chciała, dlatego tak często spotykało ją niepowodzenie.
- To dobrze - odpowiedział w końcu, a jego wyraz twarzy gwałtownie się zmienił - Możemy stąd pójść? Chciałbym z Tobą pogadać gdzieś, gdzie będzie ciszej - nagle obok mnie jakiś chłopak wywalił się na ziemię, przewalając przy okazji dwie kolejne osoby - i bezpieczniej.
Oczywiście, że się wahałam. Nie chciałam iść. Obcy chłopak, kto wie co chce mi zrobić. Ale ciekawiło mnie też, czego ode mnie chce.
- Jeśli planujesz mi coś zrobić, ostrzegam, że Cię zabiję - warknęłam, uważnie patrząc na jego reakcję.
- Nie - zaczął się śmiać, drapiąc po karku - pewnie mi nie uwierzysz, ale chcę z Tobą zwyczajnie pogadać. Odnośnie wyścigów, chyba wracam tu na stałe.
Przyswoiłam jego słowa i stwierdziłam, że co ma być to będzie. Zgodziłam się.
Zabrał mnie do samochodu i szybko wyjechał z tłumu. Błagałam, aby Lu mnie nie widziała. Znienawidziłaby mnie. Jechaliśmy dość szybko, wciąż obrzeżami. Luke mocno przekroczył dozwoloną prędkość, ale nie przeszkadzało mi to.
- Co byś zrobiła, gdybym wygrał z Twoim bratem? - spytał nagle, przerywając ciszę.
- Nieraz przegrywał, co miałabym zrobić?
Nie odpowiedział.
- A więc wracasz? - zaczęłam szybko. Nie chciałam ciszy.
- Raczej tak. Sam mogę o siebie zadbać, a kocham to miasto - spojrzał na mnie kątem oka, ostro hamując.
Zatrzymaliśmy się przy wjeździe w leśną ścieżkę. Wokół było kompletnie pusto. Luke wysiadł z samochodu i oparł się o drzwi. Podążyłam jego śladem, uważnie obserwując jego ruchy. Czego się spodziewałam, że wyciągnie nagle broń i mnie zabije? Że będzie próbował mnie zgwałcić? Sama nie wiem. Zwyczajnie mu nie ufałam.
- Fajkę? - wyciągnął w moją stronę paczkę czerwonych Malboro. Wyciągnęłam jedną, dziękując.
- Palaczka - skwitował.
- Palacz - odparłam.
Zaciągnęłam się fajką na spokojnie, zastanawiając się, co powiedzieć. Na szczęście blondyn mnie wyręczył.
- A więc - przejechał ręką po włosach - Chris ma jakiś wrogów?
- Co? - wymcknęło mi się - Dlaczego się pytasz? - zapanowałam nad głosem.
- Stresik? - zachichotał chłopak, słysząc mój lekko podniesiony głos - Znam parę osób stąd, co nieco wiem. Zastanawiam się.
- Nie mam pojęcia - mruknęłam, zamyślając się. Dlaczego się pyta o coś takiego? - Wytłumacz mi, po co naprawdę mnie tu zaciągnąłeś - skrzyżowałam ręce na piersi, ponownie zaciągając się papierosem.
- Możliwe, że wrogowie Twojego brata, których nie jestem pewien będą Cię chcieli na kartę przetargową. O ile się nie mylę, jesteś w niebezpieczeństwie.
...że co? Zaczęłam się śmiać. On żartuje, prawda? Obcy chłopak mówi mi coś takiego a ja co, mam mu uwierzyć?
- To żart, prawda? Kpisz sobie teraz ze mnie? - wyrzuciłam wypalonego papierosa, przyglądając się z rozbawionym wyrazem twarzy blondynowi.
- Nie - odparł poważnie.
- Dlaczego mi to mówisz? Nawet mnie nie znasz, mówisz coś takiego...
- Mylisz się - mruknął i zamilkł.
- Dlaczego? - nie odpowiedział mi i zapadła między nami kompletna cisza. Stałam jeszcze chwilę, czekając aż może w końcu się odezwie, jednak on nie powiedział nic, lustrując ze znudzenia otoczenie - Odwieź mnie z powrotem - warknęłam.
Bez słowa zasiadł za kierownicą i odpalił silnik, zanim sama zdążyłam wsiąść do samochodu. Tylko zamknęłam drzwi, a on już cisnął w gaz. Nie przypominało to wogóle spokojnego startu sprzed wyścigu. Patrzyłam na obrazy, rozmazujące mi się w oczach. Jedyne co mi teraz pozostało, to zaufać Luke'owi. Mimo wszystko moje serce podchodziło pod gardło, kiedy zbliżaliśmy się do wjazdu do centrum, mknąc sto osiemdziesiąt na godzinę. Chwyciłam się fotela, wbijając w niego paznokcie.
- Zwolnij - wyszeptałam przez zaciśnięte zęby.
Chłopak nie zareagował, tylko dodał gazu. Mknęliśmy obwodówką. Mimo małego natężenia ruchu, wciąż byli tu jacyś kierowcy. Jeśli to przeżyję, będę dziękować światu na kolanach.
- Luke, zwolnij - ponowiłam prośbę, głośniej - Zabijesz nas!
- Boisz się? - mruknął seksownie chłopak, zgrabnie wymijając dwa radiowozy policyjne.
Odwróciłam głowę, patrząc przez tylną szybę z niedowierzeniem.
- Zwariowałeś? To policja.
- Nie ruszają za nami - odparł obojętnie - więc co się stresujesz, żabko? - zaśmiał się głośno, patrząc na mnie.
Już chciałam wydłubać mu oczy, słysząc jak mnie nazwał, jednak wtedy dostrzegłam ciężarówkę, zmieniającą pas na nasz. Krzyknęłam imię chłopaka. Ten nawet nie przejął się pojazdem i pomknął zjazdem w dół, jadąc na ręcznym. O ile lubiłam szybką jazdę, o tyle nie taką. Sama nigdy się nie ścigałam, więc nie wiedziałam jak to jest jechać 300km/h, a tym bardziej driftować na obwodówce.
- Zwolnij, do cholery... - wyszeptałam, patrząc szeroko otwartymi oczami przed siebie. Nagle moje płuca stanęły, a w głowie pojawił się obraz matki, kiedy ostatni raz widziałam ją przed zgaśnięciem lamp. Usłyszałam w głowie jej krzyk; moje imię. Zakryłam usta dłonią, a drugą ręką oparłam się o schowek, walcząc z mdłościami. Co to było? Nie mogłam nabrać normalnie powietrza, czułam jak moje płuca coraz bardziej się kurczą.
- Okej, przepraszam - Luke zaczął hamować i po chwili jechał powoli, jednak mi wcale nie było lepiej - Ari?
Ścisnęłam schowek jeszcze mocniej, chowając twarz w kolanach. Luke gwałtownie wcisnął hamulec i wyskoczył z samochodu. W błyskawicznym tempie otworzył drzwi z mojej strony i próbował podnieść moją głowę.
- Co jest, Ari? - jego głos był zmartwiony. O nie, jeśli on się martwi to ja zaraz zacznę panikować. Poczułam jak jego ręka wsuwa się pod moje kolana, a druga obejmuje za plecami i po chwili, skulona w jego ramionach, wisiałam nad ziemią. Postawił mnie, opierając o samochód i chwycił moją twarz w dłonie.
- Oddychaj - powiedział poważnie i wyraźnie, a jego oczy były wpatrzone w moje; przerażone i załzawione - Ari, oddychaj.
Próbowałam, naprawdę próbowałam, ale nie byłam w stanie. Moje płuca nie chciały potrzebnego mi powietrza, a w głowie wciąż rozbrzmiewał krzyk matki.
- Nie mogę - wyszeptałam, ściskając koszulkę chłopaka. Objął mnie mocno, głaszcząc po plecach.
- Wdech, wydech - dyktował cicho - Mike mnie zabije...
Staliśmy tak chwilę, aż w końcu mój oddech zaczął się uspokajać. Głos Luke'a i jego dotyk sprawiały cuda. Oparłam czoło o jego ramię.
- Przepraszam - mruknęłam, zawstydzona. Odsunęłam się od niego, a on uśmiechnął lekko.
- Tylko sobie nie myśl - przygryzł kolczyka w wardze - Lucy to naprawdę fajna dziewczyna, mimo jej ciągłego skakania na mnie i zanim mi z nią nie wyjdzie i zjawisz się ty, to chciałbym ją jeszcze poznać - ukazał szereg białych zębów, a moja twarz zapewne zdradzała mnie, jak bardzo jego słowa mnie zaszokowały. Dopiero po chwili przyszła wściekłość, a ja przywaliłam mu pięścią w ramię.
- Dupek - warknęłam - odwieź mnie, dobra?
- Wsiadaj - wskazał na samochód - i na następny raz mów, jakby miała się powtórzyć taka sytuacja.
- To kiedy mówię zwolnij, zwalniaj - pokręciłam głową, zatrzaskując drzwi.
Chłopak wsiadł, patrząc jeszcze chwilę na mnie.
- Mogę fajkę? - spytałam, otwierając okno.
Luke odpalił mi papierosa i podał. Jechał umiarkowanym tempem, co jakiś czas sprawdzając swój telefon. Nie pytałam o co chodzi. Kiedy znaleźliśmy się pod szkołą, spojrzałam na niego wkurzonym wzrokiem.
- Serio? Szkoła?
- Jesteś uczennicą, ostatni rok, powinnaś się chyba skupić na nauce - wzruszył ramionami, hamując śmiech.
Uświadomiłam sobie, że wszystkie rzeczy zostawiłam w samochodzie Theo, więc jedyne co teraz mi zostało to wrócić do domu i poczekać aż chłopak sam do mnie przyjedzie. A że miałam dość Luke'a na dzień dzisiejszy, postanowiłam przejść się te jedenaście kilometrów do domu.
- Dzięki - odparłam, wysiadając z auta. I zanim zatrzasnęłam drzwi, warknęłam jeszcze - i nie waż się skrzywdzić Lucy.
Po tym odeszłam. Zastanawiałam się, kiedy nastąpi kolejne spotkanie z Luke'iem. A wiedziałam, że nastąpi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz