Od wyścigu minął tydzień. Theo wraz z Lu naskoczyli na mnie, dlaczego nagle zniknęłam. Na szczęście dziewczyna nie widziała mnie z odjeżdżającym Luke'iem. Wiem od niej, że codziennie rozmawiają przez telefon, ale blondyn wyjechał. A więc mówił, że wraca, tak?
Ktoś zapukał do mojego pokoju, jednak zanim cokolwiek odpowiedziałam, Chris po prostu sobie wszedł. Podniosłam brwi, czekając.
- Idziesz na piwo? - spytał.
- Mhm - skinęłam głową, łapiąc telefon.
Jeśli chodzi o mojego brata, nie jesteśmy do siebie łudząco podobni. Ma jaśniejsze włosy i duże, niebieskie oczy. Bez full cap'a się nie rusza. Ma skończoną dziewiętnastkę, czego nie trawię, bo mi brakuje paru miesięcy do osiemnastki.
Zdawałam sobie sprawę, dlaczego chce wyjść z domu. Zaraz wraca ojciec. I zdawałam sobie sprawę, dlaczego bierze mnie ze sobą. Nie chce, żebym została z tym człowiekiem sama w domu.
Szliśmy chodnikiem w ciszy. Nie miałam pojęcia co powiedzieć, a on zwyczajnie gapił się w telefon. W końcu nie wytrzymałam. Sprawa sprzed tygodnia, słowa Luke'a, nie mogłam tego tak zostawić. Przez cały tydzień zwyczajnie głupio mi było zacząć ten temat, może dlatego też, że ja ciągle byłam nieobecna w domu.
- Kojarzysz Luke'a? - zaczęłam - Ścigał się tutaj jakieś pół roku temu.
- Niezbyt - Chris nawet nie odwrócił wzroku od telefonu - A co z nim?
- Blondyn, preferuje BMW - wymieniałam - wtedy był zwykłym dzieciakiem...
- A o co chodzi? - przerwał mi, zirytowany, odwracając wzrok od telefonu.
- Powiedział, że grozi mi niebezpieczeństwo - odparłam twardo, patrząc w oczy bratu.
Ten nagle stanął.
- Hemmings - warknął - Luke Hemmings.
- Możliwe... Wiesz coś?
- Co dokładnie powiedział? - Chris chwycił mnie za ramię i zaciągnął pod ścianę budynku. Stanął i wyciągnął papierosa.
- Że... - zawahałam się. Było mi głupio. Luke mógł sobie zwyczajnie się ze mnie nabijać, a ja uwierzyłam w jego słowa - Twoi wrogowie będą mnie chcieli na kartę przetargową.
Chłopak zatrzymał papierosa tuż przed ustami i spojrzał na mnie. Zaczął się głośno śmiać, oddając mi fajkę. Zaciągnęłam się parę razy, czekając aż się uspokoi. Oczywiście, że Luke sobie ze mnie kpił. A ja wyszłam na kompletną idiotkę, zaczynając na dodatek ten temat z Chris'em. Czemu muszę być tak bardzo łatwowierna, do cholery?
- Ar, błagam, nie wierz każdemu nowo napotkanemu chłopakowi - spojrzał na mnie rozbawionym wzrokiem.
- Cicho - odwróciłam głowę, ruszając - Chodźmy już.
Byłam wściekła na Luke'a i na siebie. Serio? Musiałam mu uwierzyć?
- Sam do Ciebie zagadał? - spytał brat, dobiegając do mnie. Wyciągnął mi z ręki prawie wypalonego papierosa, zaciągnął się raz i wyrzucił.
- Ta. Niepotrzebnie - pokręciłam głową.
Zabić blondyna przy najbliższej okazji - zanotowane.
- Mówił coś jeszcze?
Spojrzałam na brata.
- Czemu się pytasz?
Wzruszył ramionami.
- Skoro do Ciebie zagadał, może chce... no wiesz, coś więcej. Wolę żebyś na niego uważała - chłopak podrapał się po karku. Teraz to ja zaczęłam się śmiać.
- Jasne - odparłam.
Piwo zamieniło się w wódkę. Wokół nas leżał stosik wypalonych fajek. Stwierdziliśmy, że nie chcemy pić sami, więc ja zadzwoniłam po Lucy, a Chris po trzech swoich kolegów. Byłam jedyna niepełnoletnia w naszym gronie, ale skoro nikt nie miał z tym problemu, to i ja również.
Aktualnie śmialiśmy się z Lu, próbującej udawać jakiegoś nauczyciela ze szkoły. Że każdy z nas był już całkowicie upity, mieliśmy doskonałe humory.
Usłyszałam dzwonek telefonu przyjaciółki. Kiwając się, wyciągnęłam jej telefon z torebki i odebrałam, nie patrząc kto dzwoni.
- Ta-ak? - czknęłam.
- Nie jesteś Lucy - usłyszałam rozbawiony, seksowny głos po drugiej stronie telefonu - Hej.
- Hemmings - odparłam, znudzona - Powim... powiem Ci, ży... że - poprawiałam się co chwila, jednak już po chwili zapanowałam nad swoim słownictwem - Cię nienawidzę, ty cholerny dupku.
- Dlaczego? - zdziwił się, a jego głos nie był już tak bardzo rozbawiony - Gdzie jesteś? Jest z Tobą Lucy?
- Jest i doskonaale się bawimy - zaśmiałam się. Chciałam mu powiedzieć, dlaczego go nienawidzę, ale nie byłam sobie w stanie przypomnieć. Co takiego się stało, że sam jego głos mnie wkurzał?
- Gdzie jesteście? - usłyszałam brzęk kluczyków.
- Myślisz, że Ci powiem? - i nagle mnie olśniło - Zrobiłeś sobie ze mnie jaja, a ja jak ostatnia idiotka Ci uwierzyłam. Więc odpuść sobie i zadawaj się z Lucy, ale ja nie chcę na to patrzeć - rozłączyłam się.
- Ariii - Chris usiadł obok mnie, opierając ramię na moim barku - Teraz tyy - wskazał na miejsce gdzie jeszcze przed chwilą stała Lu.
Wstałam niepewnie. W głowie mi wirowało. Szłam powoli, uważnie patrząc, jak staję. W końcu dotarłam w wyznaczone miejsce. Już wiedziałam, kogo będę udawać.
- Mam BMW - zamachałam rękami w powietrzu - mam super włosy i kolczyka w wardze. Jestem najlepszy! - zamachnęłam się na tyle, że uderzyłam w ziemię, śmiejąc się głośno.
- Luke - wyjąkała przez śmiech przyjaciółka, ocierając co chwila łzy.
- Wyszło Ci! - krzyknął któryś z kolegów Chris'a, pomagając mi wstać. Kiedy już czułam równy grunt pod nogami, on nagle zbliżył swoje usta do moich i delikatnie je dotknął. Kompletnie mi to nie przeszkadzało, mimo że nie znałam chłopaka. Przecież to zwykły buziak, tak? On uśmiechnął się do mnie lubieżnie, pomagając usiąść. Wyglądał na całkiem trzeźwego, jednak jego zaróżowione policzki go zdradzały.
- Stary, nie zarywaj mi do siostry - Chris uderzył chłopaka lekko w ramię, jednak z jego tonu wcale nie dało się wyczytać negatywnych emocji. Wszyscy byliśmy zbyt pijani.
Kątem oka ujrzałam po drugiej stronie czarne BMW. Oh, naprawdę? Chłopak wysiadł z auta i oparł się o drzwi, wyciągając z bluzy paczkę fajek. Pokazałam mu środkowy palec i skupiłam się na towarzystwie. Luke nie podszedł do nas, po prostu stał i obserwował. Jakim cudem wogóle znalazł się tutaj w ciągu dwóch minut?
- Twój kochaś - zwróciłam się do Lu - jest... tam - wskazałam miejsce, w którym stało zaparkowane czarne BMW.
Dziewczyna szybko podążyła tam wzrokiem i szeroko się uśmiechnęła. Pomachała mu i powoli zaczęła wstawać, jednak ten sam chłopak, który dał mi buziaka, chwycił ją w talii, tak, że usiadła mu na kolanach.
- Słonko, gdzie uciekasz? - spytał, szeroko się uśmiechając.
Lucy zaczęła się śmiać, próbując wstać. Kiedy ten jej nie puszczał, ona poddała się i siedziała mu na kolanach, dalej się śmiejąc. Ja, nie wiem jakim cudem, zachowałam resztki rozumu i zepchnęłam ją z kolan chłopaka, sama na nich siadając. Widziałam wkurwioną minę Luke'a, kiedy zobaczył Lucy z tym gościem. Bałam się, że przyjdzie tu i rozpęta bójkę. Wolałam nie psuć sobie tego dnia.
- A więc, co tam? - spytałam się chłopaka, siedząc mu na kolanach.
- Wspaniale - mruknął, odgarniając mi włosy za ucho - Jesteś taka ładna - mruknął, ponownie przybliżając usta.
Uśmiechnęłam się lubieżnie, sama zaczynając pocałunek. Najpierw powoli, jednak on przejął inicjatywę, a słodki pocałunek stał się agresywny. W końcu odsunęłam się od niego, jednak on chwycił mnie na plecach, z powrotem pociągając na swoje usta. Jego ręce powoli zjeżdżały coraz niżej. Przestało mi się to podobać. Cholera, sama to zaczęłam.
- Przes-tań - wyjąkałam, próbując się od niego odsunąć, jednak on mi nie pozwalał.
Szybko zlustrowałam otoczenie, jednak nikt nie zwracał na nas uwagi, każdy był zajęty sobą. Kiedy ponownie jakimś cudem udało mi się minimalnie odsunąć od chłopaka, nie panując nad sobą, sprzedałam mu siarczystego liścia. Jego twarz najpierw wyrażała zdziwienie, a po chwili wściekłość. Złapał mnie za szyję, wstając, przez co o mało nie zaliczyłam upadku. Utrzymałam się tylko dlatego, że trzymał moje gardło.
- Ty suko -warknął.
Ujrzałam, jak Chris wstaje, jednak był zbyt pijany, aby utrzymać równowagę i walnął w ziemię. Jego koledzy śmiali się głośno, a Lucy patrzyła przestraszonym wzrokiem.
- Puść - jęknęłam, kiedy jego dłoń mocniej zacisnęła się na mojej szyi.
Chłopak puścił i poleciał trzy metry w tył. Patrzyłam z niedowierzaniem, jak Hemming podchodzi do chłopaka i łapie go za przód koszuli, ciągnąc w górę. Tak bardzo nie chciałam, żeby się wtrącał, a teraz dziękowałam w duchu, że jakimś cudem wiedział gdzie jesteśmy i przyjechał.
- Tknij ją jeszcze raz, a porozmawiamy inaczej - wycedził przez zęby do chłopaka, po czym puścił go.
Podszedł do mnie, pomagając mi usiąść i obejrzał moją szyję.
- W porządku? - spytał, a ja skinęłam głową.
- Dzięki - wyszeptałam.
Podszedł do Lucy i objął ją w talii, a ona przytuliła się do niego. Zaczęli cicho rozmawiać, a ja niepewnym wzrokiem spojrzałam w tył. Chłopak tylko zmroził mnie wzrokiem, wstał niepewnie i poszedł. Chris jakiś sposobem doszedł do mnie.
- Okej? - spytał, próbując utrzymać głowę prosto. Wypił najwięcej z nas, więc to tylko kwestia czasu, kiedy padnie.
- Mhm - mruknęłam.
Dwójka kolegów Chris'a podeszła do niego, pożegnali się i również sobie poszli. Patrzyłam za nimi, jak się zataczają. Dobrze, że było już dość ciemno. Gdyby mieli iść tak przez Sydney w ciągu dnia, byłoby niezręcznie.
- Podwiozę was - stwierdził Hemmings, nie puszczając Lucy.
- Hemmo, co tak ostro - zaśmiał się brat, wstając.
Zły wybór. Gdy tylko się wyprostował, jego głowa zatoczyła koło, a on przyległ do ziemi, całkowicie odpływając.
- No i padł - skwitowałam.
Nieraz zaliczał zgony, więc wiedziałam, że może wyglądać groźnie, jednak był do tego przyzwyczajony.
Luke pokręcił głową i podszedł do niego. Zarzucił go sobie na ramiona. Wyglądał komicznie.
- Dojdziecie same do auta, czy mam tu po was wrócić? - spytał.
- Dojdziemy - odparłam, wstając. W głowie mi wirowało, jednak nie chciałam dać tego po sobie poznać, więc podparłam się o Lu. Ruszyłyśmy, kuśtykając za chłopakiem. Przyjaciółka rozłożyła się na przednim siedzeniu, ja z tyłu, a Luke ,,układał" Chris'a, co znowu wyglądało komicznie. Przypiął go pasami i sam zajął miejsce kierowcy. Tym razem jechał spokojnie, a ja po chwili odpłynęłam.
Obudziłam się w swoim łóżku. Cholerny Luke, zapewne wygrzebał klucze Chris'a i wszedł sobie tak o do naszego domu. Boże, ojciec! Zerwałam się z łóżka. Byłam przerażona, jeśli chłopak wniósł nas do domu, kiedy ojciec był tu, to po nas. Jeśli zaczęli się szarpać? Nie fatygowałam się patrzeniem w lustro, wiedziałam, że wyglądam koszmarnie. Szybko pomknęłam do pokoju taty, jednak nikogo tam nie było. Zajrzałam do Chris'a. Spał jak niemowlę. Odetchnęłam, aby oczyścić umysł. Głowa pulsowała mi okropnie. Zeszłam powoli na dół, przeciągając tę chwilę. Bałam się cholernie.
Jak najciszej stawiałam kroki. Zajrzałam do salonu. Pusto. W kuchni to samo. Sprawdziłam wszystkie pokoje, jednak w domu nie było nikogo, poza mną i śpiącym bratem. Spojrzałam na zegarek. 12:41. Może dlatego nie ma go w domu... Walnęłam się płaską dłonią w czoło. Muszę porozmawiać z Lukie'iem. Zapytać się czy coś się wydarzyło. Pomknęłam do pokoju i odnalazłam telefon. Szybko wybrałam numer Lucy i czekałam.
- Tak? - jej głos był zaspany.
- To ja - zaczęłam - Jak po wczorajszym?
- Boli głowa - zaśmiała się - Luke mnie zaniósł do domu... Dzięki Bogu, że rodzice spali.
- Dasz mi jego numer? - spytałam szybko, korzystając z okazji, że Lu ledwo co się obudziła i jest całkowicie skacowana.
- Jasne - mruknęła - Zaraz Ci prześlę.
- Dzięki, kocham Cię - i rozłączyłam się.
Już po chwili miałam numer chłopaka. Wybrałam go i czekałam aż odbierze.
- Słucham? - to nie był głos Luke'a. Był jeszcze bardziej... seksowny.
- Jest tam gdzieś Luke? - zapytałam spokojnie, nieco niepewnie.
- A kto mówi? - głos po drugiej stronie był całkowicie pewny siebie.
- Ari - odparłam.
- O, to ty. Zaraz go znajdę.
To ty?
- Znasz mnie? - oparłam się o ścianę.
- Co nieco słyszałem. Luke! Zaraz przyjdzie.
- Co słyszałeś?
- C o n i e c o - odparł powoli, jakby już znudzony rozmową ze mną - Daje ci Luke'a.
- Tak? - znowu usłyszałam ten jakże irytujący mnie głos. Tym razem jednak byłam mu wdzięczna.
- Dzięki za wczoraj - zaczęłam. Nie do końca wiedziałam, jak zacząć rozmowę - Ym... zaniosłeś nas do domu?
- Tak - miał rozbawiony głos - niezbyt kontaktowaliście, Twój brat w szczególności.
- A nasz ojciec? Był w domu? Coś powiedział?
- Spokojnie, skoczku - skoczku? - nie było go w domu. Rozejrzałem się trochę po waszym mieszkaniu, było pusto.
- Że co proszę? - i nagle cała wdzięczność, którą do niego żywiłam wyparowała - Czy ty jesteś normalny? Zwiedziłeś sobie nasz dom ot tak. Idź się lecz.
- No dzięki - zaśmiał się - A odnośnie tego co mi wczoraj powiedziałaś, nie, nie zrobiłem sobie z Ciebie jaj. Mówiłem całkowicie szczerze, to że Chris zaprzeczył, nie znaczy, że mówił prawdę. Gdybym skłamał, wczoraj zabrałbym tylko stamtąd Lucy i odjechał, jednak nie wiedziałem co się może stać. I jak widać, dobrze, że zostałem.
I znowu byłam mu cholernie wdzięczna, a w mojej głowie pojawiły się wątpliwości. Kto mówi prawdę? Chris mógł mnie okłamać? Kiedy spytałam się czy pamięta Luke'a, dosłownie zabijał jego imię, kiedy je wymawiał. Później zaczął dopytywać się o naszą rozmowę... Jednak Luke jest mi kompletnie obcy. Oczywiście, że mógł sobie ze mnie żartować. Miałam mętlik w głowie.
- Dlaczego mam Ci wierzyć? - wyszeptałam.
- Nie musisz, ważne żebyś na siebie uważała, a resztę zostaw mi.
Resztę zostaw mi? Chwileczkę...
- Skąd wczoraj wiedziałeś, gdzie jesteśmy?
- Mam swoje sposoby - nawet przez telefon wiedziałam, że się uśmiecha - muszę kończyć. Do zobaczenia, skoczku - i się rozłączył.
Westchnęłam, zamykając oczy. Przez niego jeszcze bardziej boli mnie głowa. Wczorajszy dzień przywrócił wspomnienia. Wróciłam myślami do tamtych czasów.
Od śmierci mamy minął miesiąc. Siedziałam wśród grupki młodych, mocno już pijanych ludzi. Sama nie byłam trzeźwa, jednak jeszcze byłam w tym stanie, w którym pamiętasz co robisz. Jakiś chłopak co chwila rzucał kamieniami przed siebie. Kolejna kolejka wódki. Upiłam trzy łyki i natychmiast popiłam sokiem. Mój przełyk palił. Cała byłam rozpalona, wzrok niby dobry, jednak kolory nie przypominały tych naturalnych. Czułam się wspaniale. Nagle usłyszeliśmy dźwięk syren policyjnych. Na pewno nikt nas nie zgłosił, nie zachowywaliśmy się głośno czy agresywnie. Nagle jeden z chłopaków spytał się czy chcemy pouciekać przed policją. Zaczęłam się śmiać i skinęłam głową. Ten podał mi kamień i kazał czekać, aż policja przejedzie obok nas. Tak zrobiłam i kiedy radiowóz mknął obok mnie, rzuciłam w niego kamieniem. Stałam w cieniu drzewa, był środek nocy, więc nie widzieli mnie z daleka. Głośno się śmiejąc, zaczęłam biec przed siebie. Radiowóz gwałtownie zahamował. Usłyszałam głosy policjantów, trzask drzwi i... strzał. Chłopięcy krzyk. Stanęłam. Policjanci mnie nie widzieli, jednak ja doskonale widziałam ich. Zakładali kajdanki postrzelonemu chłopakowi, drącemu się wniebogłosy. Dlaczego go postrzelili?! Chciałam tam podbiec, pomóc mu i ich pozabijać, jednak rozsądek nade mną zapanował. Uciekłam, zagryzając z całej siły rękę.
Otworzyłam oczy. Tak, to był początek mojej drogi w dół.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz