czwartek, 22 września 2016

Rozdział 5

Czułam jak przyjaciel cały się trzęsie. Kątem oka spojrzałam na jego twarz. Był wściekły. Zacisnęłam zęby. Kroki były lżejsze. Gdzieś w środku wiedziałam, że to nie ojciec, jednak wciąż stałam bez ruchu, nie oddychając.
Niebieskie oczy spojrzały na nas, a z mojego serca spadł wielki kamień.
- Lucy - przyjaciel cały się rozluźnił.
- Boże święty - wyszeptała dziewczyna, widząc w jakim jestem stanie - Co się stało?
Chłopak pomógł mi samodzielnie stanąć, ponownie opierając się o umywalkę, a ja tylko pokręciłam głową.
- Ojciec - wyszeptałam. Dziewczyna otworzyła szeroko oczy, znajdując się po chwili obok mnie. Delikatnie dotknęła mojego policzka. Cicho syknęłam. Jej oczy były przerażone.
- Czemu? - spytała, patrząc co chwila to na mnie, to na Theo.
- Ktoś na mnie nakapował - mruknęłam, poprawiając się - odnośnie wyścigów. I że niby ojciec mnie leje... teraz to prawda - Lu chwyciła mnie współczująco za rękę. Znowu zachciało mi się płakać. Podciągnęłam nosem.
- Trzymaj to - chłopak podniósł z ziemi ręcznik i zmoczył go. Przyłożył mi do brzucha, a ja przejęłam.
- Co się dokładnie stało? - przyjaciółka nie wiedziała, jak się zachować. Na jej twarzy mieszał się strach i złość.
- Chodź - chłopak złapał ją za łokieć i skinął w stronę drzwi. Wyszli na korytarz i zaczęli cicho rozmawiać. Nie słyszałam żadnych konkretnych słów i byłam wdzięczna przyjacielowi; nie chciałam tego słuchać. Załkałam cichutko. Co się dokładnie stało? Ojciec się na mnie wyżył. Dlatego, że ktoś powiedział o mnie dyrektorowi. I teraz pytanie. Kto? Kto mógłby? I po co? Jaki miałby w tym powód? Żadna osoba nie przychodziła mi na myśl. Ale wiem, że jeśli poznam tożsamość tej osoby, to będzie martwa. Z oczu ponownie zaczęły mi lecieć łzy. Jednak to były łzy wściekłości. Zacisnęłam palce na umywalce. Byłam wściekła. O to temu komuś chodziło? Może wiedział, że mój ojciec tak zareaguje, więc specjalnie to zrobił. Wtedy po co mówiłby, że ojciec się nade mną znęca? Nie miałam wrogów. Nikt nie chciałby czegoś takiego dla mnie. Prawda? Wrogowie mojego brata... Nie no, serio? W ten sposób by raczej nie chcieli mnie udupić. Czy wogóle są jacyś wrogowie? Muszę przyznać, że uwierzyłam chłopakom. Michael'a ledwo poznałam, a to co do mnie powiedział weszło mi w głowę i naprawdę mu wierzę. Tylko dlaczego skończyłam w takim stanie? Cholera. Chris się wścieknie. Bardzo chcę, żeby się wściekił. Jasne, że będę się martwić. Jeśli ojciec mu coś zrobi? Teraz jednak nie czuję nic prócz nienawiści.
Przyjaciele wrócili do mnie. Obdarzyłam ich bladym uśmiechem.
- Lepiej? - mruknął Theo.
Skinęłam głową, zerkając na Lucy. Była zszokowana. Sama posłała mi lekki uśmiech, jednak widać było, jak bardzo jest wymuszony.
- Lu - westchnęłam - nie martw się tak.
- Jak mam się nie martwić? - oczy dziewczyny stały się szkliste.
Wystawiłam rękę w jej stronę, a ona wtuliła się we mnie.
- Tak bardzo mi przykro - jęknęła - nie wiem, kto okazał się takim dupkiem, ale przysięgam, że to nie ja.
- Wiem - krzyknęłam od razu - oh, wiem, nigdy bym Cię nie podejrzewała, nawet tak nie myśl.
Spojrzałam na Theo. Wygiął tylko usta w grymasie, podając mi koszulkę. Lu odsunęła się ode mnie i pomogła mi się ubrać. Przyjaciel wziął mnie w ramiona, a ja nawet nie protestowałam. Zaniósł mnie do pokoju i położył na łóżku.
- Fajnie, jakbyś się przespała.
- Żartujesz? - podniosłam brwi - Nie zasnę teraz...
- Chociaż spróbuj.
Lu weszła za nami.
- Zrobię herbaty - uśmiechnęła się lekko.
Skinęłam tylko głową.
- Mogę Cię na chwilę zostawić? - Theo dotknął mojej ręki.
- Jasne.
Poszedł za brunetką. Poprawiłam się na materacu, krzywiąc się. Boli. Nie zostanę tu. Nie zostanę tu na noc. Chris będzie musiał chodzić do pracy, a ja zapewne przez tydzień nie ruszę się z łóżka. Theo. Na pewno będę mogła zamieszkać u niego na jakiś czas. On również na pewno mnie tutaj nie zostawi.
Leżałam tak bez ruchu chwilę, aż Lu przyszła z herbatą. Zrobiło mi się ciepło na sercu. Może nie dostałam wspaniałych rodziców, jednak przyjaciół mam najlepszych na świecie.
Theo wszedł z moim telefonem.
- Powinnaś zadzwonić do Chris'a - rzucił urządzenie obok mnie - zabieram Cię do siebie. Nie zostaniesz tu.
Spojrzałam na niego z wdzięcznością.
- Później. Jest teraz w pracy, nie chcę go martwić.
- Ari...
- Później.
Lu spojrzała na chłopaka niepewnym wzrokiem. Ten jednak nie dał za wygraną i sam wybrał numer Chris'a.
- Theo, proszę - minimalnie się podniosłam.
- Nie chcesz go martwić, jednak to Twój brat, musi wiedzieć - odparł, zbliżając komórkę do ucha - Chris? To ja, Theo. Nie, nie. Wiesz co, jest sprawa. Twój ojciec... skatował dosłownie Ari. Zabieram ją do siebie. Spokojnie, żyje. Obite żebra i twarz. Co? Nie, nie musisz przyjeżdżać. Chris, naprawdę. Zabieram ją teraz do siebie i tam się nią zajmę. Przyjedź po robocie. Naprawdę, zostań. Obiecuję, że nic więcej się jej nie stanie. Przyjedź po prostu po robocie, a teraz daj temu spokój. Wszystko Ci wyjaśnię. Tak. Jasne. Coś ty, przestań. Siema.
Patrzyłam na niego ze zrezygnowaniem. Dobra, dobra, zadzwonił, po sprawie.
- Eh.
- Nie ehaj, dobrze zrobił - Lu usiadła obok mnie. Pomogła mi wstać i podała herbatę - Pij i zabieramy Cię do Theo.
Niestety nie pozostawało mi nic innego, jak słuchanie dziewczyny i poddanie się ich zamiarom. Gdybym nie zadzwoniła do Theo, leżałabym teraz gdzieś na podłodze, płacząc i skręcając się z bólu. 
- Tak wogóle, czemu tu jesteś? - spytałam.
- Chciałam Cię odwiedzić, tak nagle zniknęliście po szkole - wzruszyła ramionami.
Pokiwałam tylko głową i wzięłam kolejny łyk. Skrzywiłam się, kiedy jedna kropelka skapnęła na moje poranione usta. Żałuję, że na pstryknięcie palcami nie można zasnąć. Teraz bardzo by mi się to przydało. Pstryk i nie myślisz o problemach. Sen byłby ukojeniem. Wciąż całkowicie do mnie nie dotarło, co się stało. Mimo wielkiego smutku, rozpierała mnie ogromna złość. Na tego skurwiela, który na mnie doniósł. I na ojca, że mimo że jestem jego córką, tak mnie potraktował. Poniżył w każdym tego słowa znaczeniu. Pokazał, że jestem nikim. Nie byłam w stanie się bronić. Nie tylko nie byłam w stanie; nie potrafiłam. Nie jestem jak mój brat, nie byłabym w stanie podnieść ręki na ojca. Kiedy bił Chris'a, nigdy go nie odciągnęłam, nigdy chociaż nie złapałam za rękę. Krzyczałam jedynie, by przestał. Dzisiaj było to samo. Błagałam go, leżąc skulona na ziemi, aby już skończył. Po każdym kolejnym kopniaku łkałam, prosząc o koniec. Zeszłam poniżej poziomu kundla. Niczym śmieć. W stu procentach pokazał mi, że jestem nic nie znaczącą dziewczyną, nie potrafiącą się nawet bronić. Po paru kolejnych uderzeniach już przestałam. Zamilkłam. O nic nie prosiłam, nie płakałam. Po prostu milczałam, czekając aż skończy. Bo wiedziałam, że w końcu będzie musiał. Dlaczego jestem tak słaba i nie byłam w stanie oddać temu gnojowi? Po pierwszym uderzeniu mogłam to zrobić. Ale nie, w mojej głowie siedział ,,odpowiedzialny" głos; nie bij ojca, nie podnoś na niego ręki. I do czego mnie to doprowadziło? Mimo wszystko, nie byłabym w stanie go tknąć. Po prostu nie mogłabym.


Chciałam wyjść z samochodu o własnych siłach, jednak Theo mi na to nie pozwolił. Czułam się dziwnie, kiedy niósł mnie od samochodu do drzwi; taką obitą, bezsilną. Ludzie się gapili. Czułam na sobie i wzrok i wkurzało mnie to.
- Theo - warknęłam - wszyscy się gapią.
Szybko otworzył drzwi, chowając nas za nimi.
- Już, już, nikt się nie gapi - przytrzymał jeszcze drzwi Lucy, a dziewczyna weszła, zabierając od niego klucze. Pomknęła szybko na piętro.. Otworzyła drzwi i od razu wpakowaliśmy się do mieszkania. Niczym wielka Ari ze swoją służbą... tu chłopak niesie mnie na rękach, tu dziewczyna otwiera przed nami drzwi. Całkiem zabawne, czyż nie?
Ułożył mnie na kanapie w salonie. Zachowywał się, jakbym była najdroższym diamentem. Nie wiedziałam czy śmiać się, czy płakać.
- Błagam - zachichotałam, kiedy chłopak otulił mnie kocem - Przecież nie umieram.
- Ta - odparł ponuro. Zepsułam mu resztki humoru.
- Hej - chwyciłam go za rękę. Spojrzał na mnie bez słowa. Nawet nie wiem kiedy Lu opuściła pokój. Musiała zauważyć, że chcę z chłopakiem poważnie porozmawiać - Proszę, przestań. Stało się. Nie cofniemy tego.
- Stało się... Gdybym Cię namówił, nie pozwolił tam pójść. A Twój ojciec? To Twój ojciec, jak mógł tak postąpić?
- Bo to mój ojciec - wyszeptałam. Znowu chciało mi się płakać - i znasz go. Więc wystarczy. Znasz też mojego brata i wiesz, że nie odpuści. Więc chociaż ty odpuść.
Nie powiedział nic, tylko mnie przytulił. Czułam się tu bezpieczna.
- Nie mam wspaniałego ojca, ale mam Ciebie - dałam mu kuksańca pod żebra - jesteś najlepszy.
Poszedł po moją torbę z rzeczami. W tym czasie zadzwonił mój telefon. Na szczęście miałam go w kieszeni. Spojrzałam na ekran. ,,Luke".
- Hej - powiedziałam do słuchawki.
- No cześć. Prosto z mostu ale pewnie jest tam z Tobą Lu. Mogę ją?
Westchnęłam.
- Lu! - krzyknęłam, odsuwając komórkę od ucha.
Po chwili dziewczyna weszła do salonu, a ja podałam jej telefon. 'Luke', powiedziałam bezgłośnie. Szybko przejęła urządzenie i wyszła z pokoju. Fajnie... Mój telefon, a wszystko odnośnie Lucy. Nie no, spoko.
Rozłożyłam się na kanapie, popadając w zadumę. Szkoła. Cholera! Nie mogę omijać lekcji. W tej sytuacji jestem zmuszona. Świetnie.
- Bum, bum - Theo położył torbę na ziemi i rozsiadł się obok - Co chcesz robić?
- Zdecydowanie film - pokręciłam głową.
- A więc film. Horror, fantasy, komedia, a może - zbliżył swoją twarz do mojej, a ja zaśmiałam się - romans?
- Horror - zdecydowałam.
- A więc horror - przyjaciel zatarł ręce. 
Poczekaliśmy na Lu. Dziewczyna tylko mruknęła z wielkim uśmiechem na twarzy, że później mi powie, o co chodziło. Theo zgarnął z szafki miskę i chipsy i pozasłaniał wszystkie okna. Co z tego, że w mieszkaniu nie było dużo rzeczy, chipsy być musiały. I telewizor oczywiście też. Zafundował sobie sprzęt, cholera wie, za jakie pieniądze. Podłączył laptopa do tv i wybrał jakiś film. Przyjaciółka pomogła mi jakoś się rozłożyć i zaczął się seans. Mimo wcześniejszej sytuacji, czułam się dobrze. Żebra oczywiście dalej bolały, jednak czułam się spokojna. Jedyne co mi pozostało to cieszyć się czasem z przyjaciółmi i czekać na brata. Ojciec nie zna tego miejsca. Na pewno się tu nie pojawi. Więc chociaż do wieczora mam pewność, że spędzę czas spokojnie.


***

Krótko, ale nie mam weny ;< nie umiem obrać mojego pomysłu w słowa, a nie chcę pisać na siłę. Wolę przejściowy, krótki rozdzialik, żeby kolejny mnie zadowolił. 
Aki musi myśleć, haha ;p
 I DO TATUSIA, TATO JA PO PROSTU MAM PEWIEN POMYSŁ, DO CIEBIE NIC NIE NAWIĄZUJE. I WOGÓLE TO NIE CZYTAJ XD

wtorek, 20 września 2016

Rozdział 4

Zadzwonił dzwonek lekcyjny. Ze znudzeniem podniosłam się z ziemi, wymieniając z Theo spojrzenia. Wziął moją torbę i weszliśmy do klasy. Rozsiedliśmy się w ostatniej ławce, nie przestając rozmawiać.Opowiadałam mu o ostatnim spotkaniu z chłopakami. Szczególnie wdałam się w szczegóły przy opisie zdarzeń z parku.
- Sama nie wiem, jakim cudem wpadłam na ten pomysł i nie wierzę, że wogóle weszłam do tej fontanny - zaczęłam się śmiać.
Theo wywrócił oczami, opierając głowę na moim ramieniu i śmiejąc się głośno.
- To ja widzę ciekawie było. Fontanna, cola, kobieto, bo się Lu wkurzy - dał mi żartobliwego kuksańca, a uśmiech nie schodził z jego twarzy.
Zmroziłam go wzrokiem.
- Nie nakapuj mnie tylko - rzuciłam ostrzegawczo, oddając mu pod żebra.
- Wiadomo, przecież żartuję. Zdaję sobie sprawę, że nic cię z Luke'iem nie łączy i nie zrobiłabyś tego Lu - mroziłam go wzrokiem jeszcze bardziej, czując jego sarkastyczny ton - Nie jestem w stanie wyobrazić sobie Ciebie i blondaska... - walnęłam go pięścią w ramię.
Oburzone jęknięcie Theo zagłuszył trzask zamykanych drzwi. Nauczyciel pojawił się w klasie, więc trochę ograniczyliśmy się ze śmianiem, jednak wciąż nie przestawaliśmy gadać.
- Zamknij się - warknęłam, teatralnie wywracając oczami.
Boże, tak, Luke był przystojny, ale w życiu bym w ten sposób o nim nie pomyślała. Ja i on... Nie! Theo również należy do naprawdę dobrych przystojniaczków i pierwsze co, kiedy go zobaczyłam sześć lat temu, nie znając go, to myśl, że chłopak naprawdę będzie miał branie. Był dosłownie piękny. Jednak teraz jest moim najlepszym przyjacielem i mimo że wciąż uważam o nim to samo, nigdy bym nie pomyślała o byciu z nim.
- Wiesz, że żartuję - mruknął, widząc moją minę.
- Wiem - odparłam, żartując sobie z niego.
Pokręcił głową, jednak zanim zdążył powiedzieć coś jeszcze, z głośników dobiegł głos dyrektora.
- Ari Lyrge, proszona do mojego gabinetu.
Zmarszczyłam brwi, patrząc na Theo.  Widząc jego zdziwione spojrzenie, wzruszyłam jedynie ramionami. Odprowadzona oczami całej klasy, wyszłam na korytarz i ruszyłam w stronę gabinetu. Szłam normalnie. Nic nie przeskrobałam, więc nie miałam czego się bać. Byłam bardzo ciekawa, po co dyrektor mnie wezwał.
Zapukałam, a po usłyszeniu cichego ,,proszę", weszłam. Przywitałam się z mężczyzną i usiadłam na krześle, które wskazał.
- Ari - po usłyszeniu jego tonu wiedziałam, że przejdzie od razu do rzeczy i zaczynałam się lekko martwić; jego ton był bardzo poważny - wezwałem Cię tu w pewnej niezbyt przyjemnej sprawie. Dokładniej, dowiedziałem się... - zatrzymał się, a mnie aż zmroziło, po usłyszeniu kolejnych słów - że Twój ojciec znęca się nad Tobą.
Kto mógł powiedzieć mu coś takiego? Było to całkowicie przesadzone. Tak, podniósł na mnie rękę parę razy, nie zaprzeczę, lecz nie było to codziennie. Bywały dni, że nawet się z nim nie widziałam.
- Słucham? - otworzyłam oczy - Kto powiedział panu coś takiego?
- Nie mogę powiedzieć - no tak, tajemnica ,,spowiedzi" - jednak zaniepokoiła mnie ta wiadomość i postanowiłem z Tobą porozmawiać. Nie wiem czy jest to prawdziwa informacja czy nie, nie mogę tego  zignorować. Nigdy nie widziałem żadnych negatywnych sygnałów czy zachowań u Ciebie, dlatego Ari - uważnie spojrzał mi w oczy - powiedz mi, czy ojciec coś Ci robi?
Pokręciłam gwałtownie głową. Zbyt gwałtownie. Skarciłam się w myślach i uspokoiłam organizm.
- Nie wiem kto powiedział panu coś takiego, ale ktoś chyba naprawdę chce mnie udupić - nie hamowałam się ze słowami - tata nigdy nie podniósł na mnie ręki i nigdy tego nie zrobi.
Skłamałam samą siebie. Myślałam gorączkowo, kto mógł powiedzieć mu coś takiego. Lucy i Theo nigdy, a tylko oni o tym wiedzieli. I tak nie wiedzieli wszystkiego. Nie znali codziennych kłótni czy bójek między ojcem a moim bratem. Kto do cholery mógł na mnie nakapować?
Jednak jego następne słowa zamurowały mnie jeszcze bardziej, a ja cała wbiłam się jeszcze mocniej w krzesło.
- Wiem również o Twoich ciągłych odwiedzinach na wyścigach, Arienne - pokręcił głową - zacząłem się zastanawiać, czy to przez problemy rodzinne, czy problemy rodzinne powstały na wskutek twoich wybryków.
Zamurowało mnie. Co miałam powiedzieć? Jego głos nie brzmiał już współczuciem, a lekkim żalem.
- Powiem wprost, nie czepiałbym się o to, gdybyś nie chodziła na wyścigi w czasie szkoły. Nie patrzę już nawet na to, że nie masz skończonego osiemnastego roku życia. Wagarujesz, łamiąc prawo. Niestety muszę powiadomić Twojego ojca, ale najpierw chcę usłyszeć od Ciebie prawdę. Co się dzieje?
Dalej siedziałam wbita w krzesło. Wystarczyło, by facet powiedział, że mnie zawiesza. Powiadomić ojca? Już po mnie... I co, do cholery mam mu w tej sytuacji powiedzieć?
- Tak, chodzę na wyścigi - musiałam zważać na słowa - nie jeżdżę, oglądam tylko. Sama z własnej woli tam chodzę i nie ma to nic wspólnego z moim ojcem. On nic mi nie robi. U mnie w domu jest wszystko w porządku.
Mężczyzna dość długą chwilę lustrował mnie wzrokiem, na co czułam się bardzo niezręcznie i chciałam jak najszybciej opuścić to pomieszczenie.
- Jesteś w ostatniej klasie, więc nie będę Cię zawieszał - odetchnęłam z ulgą, dosłownie drąc się wewnątrz ze szczęścia - jednak ostrzegam Cię, uważaj. Muszę powiadomić Twojego opiekuna, więc nie zdziw się. Skończ tę klasę w spokoju i wtedy sobie szalej. Pierwsza i ostatnia szansa, Ari.
Skinęłam tylko głową, przełykając ze strachem ślinę. Wyszłam szybko po jego pozwoleniu i poleciałam do łazienki. Obmyłam twarz zimną wodą i zajęłam się robieniem sobie kłosów, warkoczy i innych takich. Jedyne czego się bałam, to telefon do ojca. Za całą resztę byłam wściekła. Kto mógł na mnie donieść? Cholera jasna.
Nie wróciłam od razu na lekcję. Właściwie to wogóle nie wróciłam na lekcję. Weszłam pół minuty przed dzwonkiem na przerwę, aby tylko wziąć plecak.
- Co jest? - spytał Theo, jednak ja nie odpowiedziałam.
Spakowałam się szybko i tuż po dzwonku wybiegłam na przerwę, kierując się w stronę tylnego wyjścia ze szkoły. Theo natychmiast do mnie podbiegł.
- Hej, Ari, o co chodzi? Co powiedział dyrektor? - ponownie go olałam. Nie chciało mi się przekrzykiwać tłumu gnojków drących się na całe głosy. Kierowałam się w stronę ,,wyjścia na fajkę". Na szczęście przyjaciel mnie nie zatrzymywał, tylko szedł na równi ze mną. Pchnęłam agresywnie drzwi, wchłaniając świeże powietrze. Drzwi zamknęły się z hukiem, jednak nie zwróciłam na to uwagę. Minęłam pierwszoklasistów, idąc pod murek. Szybko wyciągnęłam paczkę, którą podkradłam bratu i wzięłam szluga. Rzuciłam paczkę przyjacielowi, odpalając sobie fajkę.
- Ktoś na mnie nakapował - warknęłam - powiedział, że ojciec się nade mną znęca i o wyścigach.
- Co? - chłopak spojrzał na mnie wielkimi oczami, zatrzymując zapalniczkę tuż przed ustami, w których trzymał papierosa. Odpalił go, lekko kręcąc głową - Kto mógł okazać się taką szują? Po cholerę na Ciebie kapować?
Wzruszyłam ramionami, cały czas się mocno zaciągając. Byłam zbyt wściekła, aby normalnie rozmawiać z chłopakiem.
- Co dokładnie mówił?
Powtórzyłam mu rozmowę prawie co do słowa. Od razu po zakończeniu odpaliłam kolejnego papierosa. Na szczęście nasza klasa miała teraz okienko, więc nie musiałam się przejmować, że w całej sali będzie ode mnie śmierdzieć zapachem tytoniu.
Chłopakowi również podniosły ciśnienie moje słowa. Zaczął się zastanawiać, kto mógł mnie zgłosić i jaki miał w tym cel.
- Oprócz Ciebie i Lu o moim ojcu nie wiedział nikt - walnęłam płaską ręką w mur - a wam wierzę bezgranicznie, więc kto - szepnęłam.
Chłopak pokręcił głową.
-  Najgorsze jest, że ojciec się dowie - jęknęłam, przytulając się do Theo i ściskając jego koszulkę. Zaczął mnie pocieszająco głaskać po plecach.
- Mogę z Tobą siedzieć do wieczora albo jak chcesz, przenocuj u mnie.
Cholernie mnie to skusiło, jednak nie mogłam. Nie mogę uciec z domu, bo i tak będę się musiała z tym zmierzyć. Do końca roku szkolnego nawet nie chciałam się nigdzie ruszać oprócz szkoła-dom. Odechciało mi się wyścigów, picia, spania, wszystkiego. Stałam tak, nie chcąc puścić chłopaka. Byłam wkurwiona i przestraszona.
- Nie martw się - szeptał mi do ucha - Powiedz Chris'owi. Wiem, że nie chcesz mnie bardzo w to mieszać, mimo że chcę Ci pomóc, więc chociaż pogadaj z bratem.
Milczałam, co jakiś czas zaciągając się drugim już papierosem. W końcu odsunęłam się od chłopaka, biorąc głęboki wdech. Usiadłam na ziemi, wyciągając telefon. Puściłam jakąś rockową piosenkę i zaczęłam ją śpiewać. Theo usiadł obok mnie. Również zaczął śpiewać, na co popłakałam się ze śmiechu. Zaczął rapować niektóre teksty razem z wykonawcą, gestykulując rękami jak profesjonalista. Zaczęłam mu towarzyszyć i tak minęło nam całe okienko.


Skończyła się ostatnia lekcja. Nie dałam się namówić na żadne piwo, więc Theo podrzucił mnie pod dom. Staliśmy samochodem po drugiej stronie ulicy. Siedziałam z podkulonymi pod brodę nogami.
- Nie chce mi się tam iść - jęknęłam.
Tak, bałam się, ale też nie miałam zamiaru robić z siebie wielkiej ofiary. W drodze powrotnej zadzwoniłam do brata z pytaniem, kiedy będzie. Niestety zamienił się z koleżanką z pracy zmianami, więc siedział tam do wieczora. Nie chciało mi się nic, więc postanowiłam wrócić. Nie było pewności, że dyrektor już zadzwonił, więc nie musiałam aż tak się przejmować... Prawda?
- Na pewno nie chcesz do mnie?
Pokręciłam głową.
- Ale miej telefon przy sobie - uśmiechnęłam się do niego - w razie czego będziesz mógł gdzieś wyjść?
- Jasne - uśmiechnął się do mnie. Nachylił się i pocałował mnie w policzek.
Pociągnęłam rękawy bluzy w dół i wysiadłam z samochodu. Theo odjechał dopiero, kiedy zamknęłam drzwi domu. Wzięłam głęboki oddech i ruszyłam w stronę salonu. Udało mi się zrobić jedynie trzy kroki, a przede mną stanął ojciec. Był wściekły. Teraz żałowałam, że nie pojechałam do Theo. Nie wypowiedziałam nawet słowa. Moja głowa poleciała w prawo, a oczy automatycznie zrobiły się mokre. Spoliczkował mnie. Byłam w szoku. Łzy poleciały same, kiedy uderzenie przeszło przez moje nerwy. Poczułam poniżenie.
- Przepraszam - wyszeptałam tylko.
Wtedy poczułam kolejne uderzenie. Jednak ojciec dopiero się rozkręcał.


Leżałam na ziemi w salonie. Jego kroki powoli się oddalały, aż w końcu ucichły. Następnie usłyszałam mocny huk zamykanych drzwi. Płakałam, obejmując się rękami. Wszystko mnie bolało. Wokół widniały niewielkie plamy krwi. Spróbowałam wstać, jednak żebra mi na to nie pozwoliły. Opadłam na ziemię, głośno łkając. Zaczęłam się powoli czołgać, chcąc dotrzeć do swojego pokoju. Zamknąć się na klucz, żeby ten gnój nie mógł już mnie tknąć. Jak wielką idiotką musiałam być, wracając tu? Jeszcze nigdy mnie tak nie potraktował. Mój brzuch płonął, z ust i nosa lała się krew. Prawdopodobnie większość twarzy była oznaczona fioletowymi siniakami. Nie byłam w stanie powstrzymać łez, mimo iż nie chciałam płakać. Czołgałam się powoli. Dotarłam do schodów, obok których leżała rzucona moja torba. Kiedy zaczęłam się szarpać z ojcem, spadła mi z ramion i wylądowała tutaj. 
Zaczęłam w niej szperać w poszukiwaniu telefonu. Kiedy w końcu znalazłam urządzenie, wybrałam numer Chris'a. Patrzyłam się chwilę na zieloną słuchawkę. Nie. Nie. Znalazłam numer Theo. Ponownie gapiłam się na zieloną słuchawkę. Może dam radę? Nie chcę dzwonić do brata, nie chcę przeszkadzać mu w pracy, mimo że tak bardzo jest mi teraz potrzebny. Ma swoje życie. Musi zarabiać.
Nacisnęłam zieloną słuchawkę i przyłożyłam komórkę do ucha. Proszę Theo, odbierz.
- Ari? - usłyszałam jego zmartwiony głos.
- Możesz przyjechać? - załkałam.
- Zaraz będę. Co się stało? - czułam, jak bardzo się martwi.
- Po prostu przyjedź - zacisnęłam zęby - Drzwi są otwarte - i rozłączyłam się, zanim zdążył powiedzieć coś jeszcze. Nie chciałam tłumaczyć mu wszystkiego przez telefon. Chciałam się do niego przytulić i wypłakać. Wiedziałam, że mi pozwoli. To mój najlepszy przyjaciel, brat. Będę prawdopodobnie musiała go powstrzymać przed zapierdoleniem mojego ojca. Czego nie powiem o Chris'ie. On ma wolną rękę. Na pewno nie będzie się hamował. Nigdy nie byłam w takim stanie przez tatę.
Podniosłam się do pozycji siedzącej, opierając się plecami o ścianę. Przyłożyłam rękę do brzucha, krzywiąc się. Drugą otarłam krew z twarzy, jednak mało to dało. Przymknęłam oczy. Zaczęłam głęboko oddychać, chcąc oczyścić umysł. Przestałam płakać, jednak wciąż z mojego gardła wydobywały się ciche jęki, a klatka drżała. 
Myślałam, że będę musiała tak siedzieć w nieskończoność. W końcu usłyszałam hamowanie samochodu pod bramą. Kąciki lekko się podniosły. Theo wpadł do domu, krzycząc moje imię. Nie odezwałam się, ponieważ zaczął biegać po domu i już po chwili mnie zauważył. Natychmiast znalazł się przy mnie, delikatnie dotykając mojej twarzy.
- Ja pierdolę - wyszeptał, a na jego twarzy pojawił się grymas wściekłości i przerażenia - Co ten chuj... - zacisnął zęby - Jak on mógł?!
Pokręciłam głową, łapiąc koszulkę przyjaciela w ręce. Zaczęłam cicho płakać, a on mocno mnie objął, delikatnie przytulając, aby nie wyrządzić mi żadnej większej krzywdy. Zaczęłam głośno łkać, nie chcąc wypuścić jego koszulki z rąk. Miałam gdzieś, że zaślinię mu podkoszulek, że może być mu niewygodnie; chciałam po prostu płakać.
- Żałuję, chlip, że tu, chlip wróciłam - jego dłoń delikatnie gładziła mnie po plecach. Trząsł się. Ze złości? - Nie zostawiaj mnie, proszę...
- Nie zostawię - wyszeptał mi do ucha - Nigdy. A ten skurwiel zapłaci za to, co Ci zrobił.
Chwyciłam jego rękę i odchyliłam głowę w tył, aby móc spojrzeć w jego twarz. Oczy chłopaka rozszerzyły się i zwęziły, kiedy zobaczył jak wyglądam.
- Zostaw go - jęknęłam, ocierając łzy. Każdy dotyk palił moją skórę. Bałam się nawet spojrzeć w lustro - Na pewno zdajesz sobie sprawę z tego, że mój brat mu tego nie popuści. Nie mieszaj się w to - pokręciłam głową. 
Chłopak lustrował moją twarz. Odgarnął moje lepiące się od krwi włosy.
- Powinnaś jechać do szpitala - mruknął, a ja od razu zaprzeczyłam.
- Nie, nic mi nie jest.
- Nie, wogóle! - oburzył się - Wiesz, jak wyglądasz?!
- Po prostu mi pomóż - szepnęłam.
Theo westchnął, wywracając oczami. Najdelikatniej jak mógł, podniósł mnie w górę, trzymając w ten sposób, jakby bał się, że zaraz mu wylecę i rozpadnę się na milion kawałeczków. Poszedł do łazienki i postawił mnie na ziemi. Oparłam się mocno o umywalkę, krzywiąc z bólu. Zanim mnie puścił, upewnił się, że sama stoję i zajął się opatrywaniem mojej twarzy. Otarł całą krew. Przyłożył mokry ręcznik do lewego policzka, uważnie przyglądając się drugiemu policzkowi.
- Będziesz miała limo i zaczerwieniony łuk brwiowy, poza tym nie wygląda źle.
Większość to były kopniaki... dlatego tyle krwi ciekło mi z ust i nosa. Bardziej bolały mnie żebra niż twarz. Mocno podpierałam się rękami. Stałam, ale nie oznaczało to, że nie boli. Bolało. Bardzo.
Kiedy chłopak całkowicie opanował moją twarz, spojrzał w dół, po czym na mnie.
- Mogę? - spytał, a ja skinęłam głową.
Mimo gównianego samopoczucia, uśmiechnęłam się. Chłopak zaczął podnosić koszulkę do góry, przyglądając się mojemu brzuchowi, jednak widziałam, że nie jest mu za wygodnie i łatwo. Podniosłam ręce w górę.
- Ściągaj.
Theo również się uśmiechnął i po chwili stałam bez bluzki. Wcale się nie krępowałam. Theo również. Całkowicie był skupiony na moim fioletowo - czerwonym brzuchu. Od samego dołu po mostek czułam ból i właśnie tam moja skóra miała inny kolor. Jęknęłam, kiedy przyjaciel dotknął najbardziej poranionego miejsca, którym było żebro pod sercem.
- Nie sądzę, aby były złamane - mruczał. Nie odwracał wzroku od mojego brzucha.
- Co ty, lekarz? - zażartowałam. A bynajmniej chciałam, ale wciąż czułam się tak gównianie, że mimo każdego kawału czy uśmiechu i tak nie było mi do śmiechu.
- Może kiedyś - ponownie zmoczył ręcznik i przyłożył mi do brzucha. Drgnęłam z powodu zimna i bólu.
W tym momencie usłyszeliśmy na dole trzask drzwi. Otworzyłam szerzej oczy. Proszę, niech to nie będzie ojciec, proszę, niech to nie będzie ojciec.
- Jeśli to ten skurwiel... - Theo zacisnął dłonie w pięści, wypuszczając ręcznik z rąk. Odwrócił się i ruszył w stronę drzwi.
- Theo - chwyciłam go za rękę, zginając się w pół z powodu bólu. Złapał mnie szybko, mocno obejmując. Osoba szła do łazienki. Wstrzymałam oddech, a chłopak zacisnął zęby.
Błagam, tylko nie ojciec, błagam, tylko nie on. Proszę...

niedziela, 18 września 2016

Rozdział 3

Wiedziałam, co Chris myśli o pomyśle, aby wyprowadził się z domu, jednak nie chciałam go ograniczać. Tylko ja go trzymałam. Miał pracę, dobrze płatną, stać go było na własne mieszkanie i utrzymanie siebie. Zastanawiałam się nieraz czy może nie wyprowadzić się razem z nim do czasu aż nie skończę osiemnastki. Chris nie zgadzał się na to. Na pewno pasował mu ten pomysł, ale odpowiedzialność siedziała w jego głowie. Byłoby to uznane jako ucieczka z domu, a tego dla mnie nie chciał, nie w tak młodym wieku, nie po tym, co robiłam przez cztery lata.
Siedziałam z głową utkwioną w chemii. Nie mogłam opuszczać więcej dni w szkole. Jeszcze parę i skończy się telefonem do opiekuna. Tego nie chciałam najbardziej na świecie. Marzyłam w tym momencie, aby wyrwać się gdzieś z Theo i Lu, jednak chłopak zajęty był ogarnianiem własnego mieszkania, które ledwo co kupił, a Lu każdą wolną chwilę spędzała z Luke'iem. Nie interesowałam się chłopakiem, czego nie mogłam powiedzieć o nim. Nieraz łapałam go na tym, że kiedy przez przypadek wpadałam na nich w mieście, on jeszcze długo za mną patrzył. Widziałam, że zależy mu na Lucy, byłam nawet lekko zaskoczona, ponieważ ten związek trwał już prawie miesiąc, co jak na moją przyjaciółkę to cud. Nie widziałam innego pomysłu na dziwne zachowanie Luke'a jak to, że mówił prawdę. Kurczę, dlaczego ktoś chciałby mnie na kartę przetargową? Chodzi o pieniądze? Chris znalazł sobie naprawdę jakiś wrogów? Nie wiedzieć dlaczego, było to zbyt oczywiste i wiedziałam, że chodzi o coś jeszcze. Ale o co? Miałam podejrzenia, że wszystko może mieć głębsze dno. Wciąż plątałam się między: co jest prawdą, a co kłamstwem. Mogłam wierzyć Luke'owi, a mogłam mu nie wierzyć. Jeśli nie chciałam mu wierzyć, ale coś w głowie sądziło, że jednak grozi mi niebezpieczeństwo, mogłam zostawić wszystko chłopakowi. W końcu sam ostatnio powiedział, że ,,resztę mam zostawić jemu". I znowu pojawia się to samo pytanie, czy mogę zaufać Luke'owi Hemmings'owi?
Walnęłam ręką w książkę od chemii. Wstałam i poszłam do pokoju brata. Nie było go w domu od rana, tak jak zresztą ojca, więc miałam dom dla siebie. Wyciągnęłam z szafy paczkę fajek i wyszłam na balkon. Nawet nie fatygowałam się wracaniem do pokoju. Odpaliłam papierosa i usiadłam na chłodnej posadzce. Nudziło mi się, nic mi się nie chciało i byłam w całkowitej niewiedzy.
Postanowiłam się przejść. Wpakowałam do kieszeni jakieś drobniaki, włożyłam w uszy słuchawki i przejrzałam się w lustrze. Czarne rurki, kremowa koszulka na ramiączkach włożona w spodnie i limonkowe conversy. Włosy spięłam w luźny kok i ruszyłam.
Szłam spokojnie, jakby znudzona całym światem. Tu przebiegło jakieś dziecko, tu przejechał samochód, tu jakaś para wyszła z psem na spacer. Nic konkretnego. W tym momencie cały świat mnie nudził. Ciekawe czy Chris dalej zadaje się z tamtym kolesiem. Sama rozpoczęłam tę sytuację, ale chłopak nie musiał mnie łapać za szyję. Zachował się jak dupek i miałam wielką nadzieję, że mój brat go olał.
Uważnie obejrzałam się na prawo i lewo, po czym przemknęłam przez ulicę. Weszłam do parku. Czy muszę mieć tak cholerne szczęście? Z naprzeciwka szedł Luke razem z jakimś chłopakiem. Luke jak Luke, cały na czarno. Tym razem miał na sobie koszulkę Iron Maiden ze ściętymi rękawami. Jego kolega wyglądał... śmiesznie. Czarne rurki, szary t-shirt i włosy... czarno - białe, ułożone na lewo. Wywróciłam oczami, ściągając słuchawki. Bez rozmowy się nie obejdzie. Chłopacy po chwili również mnie ujrzeli. Mina Luke'a od razu stała się rozbawiona, a chłopak obok zwyczajnie patrzył.
- Cześć, skoczku - powiedział blondyn, stając przede mną.
Machnęłam mu ręką.
- Michael - przedstawił się kolorowowłosy.
- Ari - odparłam, z lekkim uśmiechem. Przypomniałam sobie sytuację, która miała miejsce po wyścigach. ,,Mike mnie zabije". O tego chłopaka mu chodziło? I znowu myśląc jak chłopak mi wtedy pomógł, moje serce zmiękło. Mimo wszystko wkurzył mnie tym, że chodził sobie tak o po moim domu, jednak sam w sobie nie był jakiś złośliwy.
- Wiem - mrugnął mi chłopak, a ja podniosłam brwi. Zanim jednak zdążyłam coś powiedzieć, on odezwał się ponownie - Idziesz z nami coś zjeść?
- A Lucy? - zwróciłam się do Luke'a.
- Matka zabrała ją na jakieś zakupy czy coś - wzruszył ramionami - Idziesz?
Nie miałam nic lepszego do roboty, a ich towarzystwo całkiem mi pasowało. Byleby Luke ponownie nie zwiedzał mi domu.
- Spoko.
Na początku kompletnie nie wiedziałam co mówić, jednak po chwili rozmowa zaczęła się kleić i kiedy zamówiliśmy pizzę, gadaliśmy jak starzy, dobrzy znajomi. Co jakiś czas Luke walnął jakiś żartobliwy komentarz, co niezbyt mnie śmieszyło, no ale... Na początku jego głos jeszcze nieco działał mi na nerwy, ale potem wszystko samo się zgrało i świetnie się bawiłam.
- Widzisz, jednak jesteś w stanie ze mną pogadać - mruknął blondyn, biorąc kolejny kawałek pizzy.
- Jestem, jak nie szperasz mi w domu.
- Co? - Michael zakrztusił się colą i zaczął się śmiać - Miałeś ich tylko odwieźć do domu, a nie udawać zwiedzacza.
- Tylko odwieźć? - jego słowa zwróciły moją uwagę - Też o tym wiedziałeś...
- Oczywiście. Sam was znalazłem - przez chwilę wydawało mi się, że chłopak mówi impulsem i łatwo będzie wydobyć z niego prawdę, jednak cholernie się pomyliłam. Był niesamowicie inteligentny i z największą precyzją wypowiadał każde słowo.
- Jak? - podparłam się rękami.
On zrobił to samo.
- Chciałabyś wiedzieć, co? - uśmiechnął się.
- Co wy przede mną ukrywacie - wywróciłam oczami.
- Nic, skoczku - zaśmiał się Luke.
- Przestań, co ty masz z tym skoczkiem - pokręciłam głową. Widać było gołym okiem, że coś wiedzą.
- Tak już zostanie - o nie, serio?
- Dlaczego nie chcecie mi powiedzieć tego, co wy wiecie?
- A co wiemy? - uśmiech wciąż nie schodził Michael'owi z ust.
Wypuściłam spokojnie powietrze. Nie chciałam im pokazać jak bardzo mnie wkurzali w tym momencie. Może nawet o to im chodziło. Zdawkowe odpowiedzi, głupkowate uśmiechy.
- To co wiecie - odpowiedziałam, szeroko się uśmiechając - Zacznijmy od Ciebie - wskazałam na Luke'a - skąd miałbyś wiedzieć o jakiś wrogach mojego brata, tym bardziej o tym, co chcieliby mi zrobić. I dlaczego mieliby mnie brać na kartę przetargową.
Chłopak patrzył się przez chwilę na mnie, jakby zastanawiając się ile może mi powiedzieć, aż w końcu się odezwał.
- Jak mówiłem, znam tu dużo osób, mam swoje kontakty, wiem co nieco. Twój brat mógł narobić sobie sporych problemów, a najłatwiej kogoś zranić i zmusić do czegoś poprzez najbliższych.
- Dlaczego mój brat mi tego nie powiedział?
- Może chciał Cię chronić? Nie mieszać w to? - Luke podniósł dłonie - Nie wiem.
- Dlaczego ty chcesz mnie chronić? - jeśli chłopak żartował sobie ze mnie, to pytanie było kompletnie śmieszne, jednak musiałam je zadać, jeśli mówił prawdę.
- My - wtrącił Michael, poprawiając włosy. Kolejny z takim nawykiem?
- Dlaczego? - ponagliłam pytanie.
- Tego już dowiesz się kiedy indziej - mruknął Luke, wyciągając telefon.
- Dlaczego? - jęknęłam, zirytowana. Niewiedza i ciekawość były nie do zniesienia.
- Bo tak - Luke nawet nie podniósł wzroku znad komórki, a Michael całkowicie skupił się na pochłanianiu ostatniego kawałka pizzy. Zwinnie mu go zabrałam i sama dokończyłam, na co chłopak zareagował obudzeniem. Wziął łyka coli przez słomkę, wycelował ją we mnie i cała cola, którą nabrał w usta poleciała na mnie. Pisnęłam cicho. Otarłam oczy, łapiąc szklankę i chlustając zawartością w twarz chłopaka. Połowa poleciała na Luke'a. Zaczęłam się głośno śmiać, za to Luke był wściekły. Mroził mnie wzrokiem, aż jego wzrok natrafił na sos sojowy.
- Nie - pokręciłam głową - o nie, nie zrobisz tego. Nie...
Zrobił. Polał całe moje włosy sosem. Znowu pisnęłam, tym razem wracając na nas uwagę personelu. Zanim ktokolwiek zdążył do nas podejść, Luke wyłożył na stół pieniądze i wybiegliśmy z knajpy. Po chwili staliśmy, śmiejąc się z nas samych.
- Nienawidzę was - stwierdziłam, próbując ściągnąć sos z włosów.
- Ty zaczęłaś - zachichotał Mike. Sama nie mogłam powstrzymać chichotu, jego humor umiał wejść w kości - Co teraz?
- Ja osobiście poszłabym do parku - pokiwałam głową. Bawił mnie mój własny pomysł - Jest tam fontanna.
Chłopcy wymienili rozbawione spojrzenia i ruszyliśmy w stronę parku.
Uśmiechnęłam się, kiedy wokół fontanny nie dostrzegłam ludzi, więc weszłam do niej, brodząc w wodzie po kolana. Luke śmiał się głośno, nagrywając mnie, Mike za to nie mógł się powstrzymać i wrzucił Luke'a do fontanny, chwilę wcześniej przejmując jego telefon. Teraz ja z Luke'iem staliśmy się aktorami. Usiadłam w wodzie i zanurzyłam całą głowę, nie do końca wierząc, że naprawdę to robię. Byłam w środku Sydney! W dzień! Wynurzyłam się z wody, szczerząc się do kamery. Wyszłam powoli i w głowie zrodził mi się pomysł. Podeszłam do kolorowowłosego, zanim zdążył zareagować i przytuliłam go, tak, że i on był cały mokry. Ten odepchnął mnie, uciekając jak najdalej. W końcu wyłączył telefon, a Luke wyszedł z fontanny.
- Czy my właśnie siedzieliśmy w fontannie? - spytałam się ich, wyciskając włosy. Tak, świetnie wyglądam.
- Zdecydowanie Ci odwaliło, skoczku - blondyn pokręcił głową, stojąc bezradnie. Wyglądał jak mokra kura, z włosów skapywały kropelki wody, ubrania przyległy do niego, tak jak i do mnie, ale chociaż jego kolczyk pozostał nienaruszony. Musiałam przyznać, że niesamowicie zmienił się przez te pół roku.
- Zamknij się - uderzyłam go żartobliwie pięścią w ramię.
Wyciągnął rękę w stronę Michael'a, a ten oddał mu telefon. Luke odszedł od nas i wykonał połączenie.
Ponownie uśmiechnęłam się głupkowato w stronę chłopaka i zaczęłam do niego iść, aby go przytulić, jednak on odczytał moje zamiary i zaczął uciekać. Nie miałam z nim szans, więc po chwili poddałam się i czekałam, aż sam do mnie podejdzie. W końcu odpuściłam sobie tę zabawę i zaczęliśmy rozmawiać. Usiedliśmy na ławce. Wyciągnął w moją stronę paczkę fajek, a ja, jak to miałam w zwyczaju wyciągnęłam. Kiedy Ci dają, bierz.
- Kiedy kończysz osiemnaście? - spytał Mike.
- Za cztery miesiące - odparłam, z miną męczennika - A ty ile masz?
- Dziewiętnaście - czyli wiek Chris'a.
- A Hemmings?
- Osiemnaście niedawno, więc musi się czasami popisać - mrugnął mi porozumiewawczo.
- Jasne - przypomniało mi się jak jechał ze mną dwieście na godzinę po obwodówce, gdzie o mało nie dostałam zawału.
- Wiem, że chcesz wiedzieć wszystko - jego ton diametralnie się zmienił. To nie był ten żartobliwie inteligenty Michael - ale nie teraz. To wszystko jest bardziej zagmatwane. Nasze sprawy plączą się z Twoim bratem. Wytłumaczymy Ci wszystko, ale nie teraz. Proszę, uzbrój się w cierpliwość. I uważaj na siebie - mocno zaciągnął się papierosem.
- Nie jest tak łatwo - westchnęłam - Odpowiadacie mi zdawkowo, nawet nie wiem czy wam wierzyć, nic się nigdy nie stało, a Luke wyskoczył nagle z czymś takim... to jest po prostu prawie niemożliwe. Jakbyście robili sobie ze mnie zwykłe żarty. Na dodatek poznałam Cię trzy godziny temu, a ty mówisz mi takie rzeczy. Co mam na coś takiego powiedzieć?
- Nie musisz nic - chłopak pokręcił głową- bylebyś na siebie uważała, a resztę zostaw nam.
No tak, Luke powiedział to samo.
- Już to słyszałam - skrzyżowałam ręce, jednak wiedziałam, że nie uzyskam nic więcej.
Mike podniósł bezradnie ręce w górę. W końcu Luke skończył rozmawiać i podszedł do nas.
- Musimy iść - nawet na mnie nie spojrzał. Jego ton był zbyt poważny i ponury jak na Luke'a Hemmings'a.
- Wszytko okej? - spytałam.
- Tak, tylko trochę nam się śpieszy - czyli nic nie jest okej. Nie pytałam się o nic więcej, skoro mnie zbył, nie chciał mi powiedzieć, co się stało. Równie dobrze sprawa mogła mnie nie dotyczyć, więc nie miałabym pojęcia co do mnie mówią - Odprowadzić Cię?
- Nie, poradzę sobie - pokręciłam głową, wstając.
Luke chwilę patrzył na mnie, jakby niezdecydowany. Sam pokręcił głową.
- Odprowadzimy - stwierdził, a ja zachichotałam.
To po co się pytał? Szliśmy szybkim krokiem, niby rozmawiając, jednak czułam w ich głosach napięcie.
Stanęliśmy pod moim domem.
- Dzięki - uśmiechnęłam się, a Mike objął mnie na pożegnanie. Nieco się zdziwiłam ale odwzajemniłam uścisk.
- Uważaj na siebie - Luke skinął mi głową.
Pomachałam im jeszcze i weszłam do domu. Nic z tego wszystkiego nie rozumiem...
Zanim uświadomiłam sobie, że Chris prosił mnie, abym nie siedziała w domu po południu, bo tata na pewno będzie i będzie pił, było już za późno. Weszłam do salonu, przez chwilę patrząc, jak odkłada piątą, pustą butelkę piwa. Chciałam wyjść niezauważona, jednak jego wzrok osiadł na mnie.
- Część - powiedziałam cicho.
- Ari, kochanie - uśmiechnął się.
Cholera, ile on tego wypił? Powoli podeszłam, lustrując wzrokiem puste butelki po piwie i jedną po wódce. Zaczynałam czuć się bardzo nieswojo.
- Posiedź ze staruszkiem - mruknął do mnie.
Przez chwilę myślałam, czy nie wymyślić czegoś na poczekaniu, lecz ostatecznie usiadłam na kanapie.
- Dużo wypiłeś - mruknęłam.
- Trochę... Jesteś taka podobna do niej - zesztywniałam.
- Do mamy? - wyszeptałam.
- Tak. Tak bardzo podobna... Tęsknię za nią, zostawiła mnie sama z wami, jestem beznadziejnym ojcem, nic nie wiem, nic nie umiem... - jego głos się załamał, a w oczach pojawiły się łzy.
Mogłam go nienawidzić za to, jak się zachowywał, ale to wciąż był mój ojciec. Zawsze cierpię kiedy krzyczy na nas, kiedy podnosi na nas rękę. Dlatego teraz sama nie mogłam powstrzymać łez. Dlaczego nic nie pamiętam? Co się wydarzyło w dniu jej śmierci?
- Przepraszam, tato - załkałam - to moja wina, ja... przepraszam.
- Twoja, moja, kto wie - zakrył dłońmi twarz, kręcąc głową - Idź się uczyć...
Wstałam i pobiegłam do pokoju. Padłam na łóżko, chowając twarz w poduszkę. Zaczęłam głośno płakać, olewając jak bardzo jestem przemoczona. Wspaniałe wspomnienia i dobry humor zniknęły natychmiast. Płakałam długo, aż w końcu przyszedł sen. Jednak nawet on nie mógł ukoić mojego złamanego serca.

niedziela, 11 września 2016

Rozdział 2

Od wyścigu minął tydzień. Theo wraz z Lu naskoczyli na mnie, dlaczego nagle zniknęłam. Na szczęście dziewczyna nie widziała mnie z odjeżdżającym Luke'iem. Wiem od niej, że codziennie rozmawiają przez telefon, ale blondyn wyjechał. A więc mówił, że wraca, tak?
Ktoś zapukał do mojego pokoju, jednak zanim cokolwiek odpowiedziałam, Chris po prostu sobie wszedł. Podniosłam brwi, czekając.
- Idziesz na piwo? - spytał.
- Mhm - skinęłam głową, łapiąc telefon.
Jeśli chodzi o mojego brata, nie jesteśmy do siebie łudząco podobni. Ma jaśniejsze włosy i duże, niebieskie oczy. Bez full cap'a się nie rusza. Ma skończoną dziewiętnastkę, czego nie trawię, bo mi brakuje paru miesięcy do osiemnastki.
Zdawałam sobie sprawę, dlaczego chce wyjść z domu. Zaraz wraca ojciec. I zdawałam sobie sprawę, dlaczego bierze mnie ze sobą. Nie chce, żebym została z tym człowiekiem sama w domu.
Szliśmy chodnikiem w ciszy. Nie miałam pojęcia co powiedzieć, a on zwyczajnie gapił się w telefon. W końcu nie wytrzymałam. Sprawa sprzed tygodnia, słowa Luke'a, nie mogłam tego tak zostawić. Przez cały tydzień zwyczajnie głupio mi było zacząć ten temat, może dlatego też, że ja ciągle byłam nieobecna w domu.
- Kojarzysz Luke'a? - zaczęłam - Ścigał się tutaj jakieś pół roku temu.
- Niezbyt - Chris nawet nie odwrócił wzroku od telefonu - A co z nim?
- Blondyn, preferuje BMW - wymieniałam - wtedy był zwykłym dzieciakiem...
- A o co chodzi? - przerwał mi, zirytowany, odwracając wzrok od telefonu.
- Powiedział, że grozi mi niebezpieczeństwo - odparłam twardo, patrząc w oczy bratu.
Ten nagle stanął.
- Hemmings - warknął - Luke Hemmings.
- Możliwe... Wiesz coś?
- Co dokładnie powiedział? - Chris chwycił mnie za ramię i zaciągnął pod ścianę budynku. Stanął i wyciągnął papierosa.
- Że... - zawahałam się. Było mi głupio. Luke mógł sobie zwyczajnie się ze mnie nabijać, a ja uwierzyłam w jego słowa - Twoi wrogowie będą mnie chcieli na kartę przetargową.
Chłopak zatrzymał papierosa tuż przed ustami i spojrzał na mnie. Zaczął się głośno śmiać, oddając mi fajkę. Zaciągnęłam się parę razy, czekając aż się uspokoi. Oczywiście, że Luke sobie ze mnie kpił. A ja wyszłam na kompletną idiotkę, zaczynając na dodatek ten temat z Chris'em. Czemu muszę być tak bardzo łatwowierna, do cholery?
- Ar, błagam, nie wierz każdemu nowo napotkanemu chłopakowi - spojrzał na mnie rozbawionym wzrokiem.
- Cicho - odwróciłam głowę, ruszając - Chodźmy już.
Byłam wściekła na Luke'a i na siebie. Serio? Musiałam mu uwierzyć?
- Sam do Ciebie zagadał? - spytał brat, dobiegając do mnie. Wyciągnął mi z ręki prawie wypalonego papierosa, zaciągnął się raz i wyrzucił.
- Ta. Niepotrzebnie - pokręciłam głową.
Zabić blondyna przy najbliższej okazji - zanotowane.
- Mówił coś jeszcze?
Spojrzałam na brata.
- Czemu się pytasz?
Wzruszył ramionami.
- Skoro do Ciebie zagadał, może chce... no wiesz, coś więcej. Wolę żebyś na niego uważała - chłopak podrapał się po karku. Teraz to ja zaczęłam się śmiać.
- Jasne - odparłam.


Piwo zamieniło się w wódkę. Wokół nas leżał stosik wypalonych fajek. Stwierdziliśmy, że nie chcemy pić sami, więc ja zadzwoniłam po Lucy, a Chris po trzech swoich kolegów. Byłam jedyna niepełnoletnia w naszym gronie, ale skoro nikt nie miał z tym problemu, to i ja również.
Aktualnie śmialiśmy się z Lu, próbującej udawać jakiegoś nauczyciela ze szkoły. Że każdy z nas był już całkowicie upity, mieliśmy doskonałe humory.
Usłyszałam dzwonek telefonu przyjaciółki. Kiwając się, wyciągnęłam jej telefon z torebki i odebrałam, nie patrząc kto dzwoni.
- Ta-ak? - czknęłam.
- Nie jesteś Lucy - usłyszałam rozbawiony, seksowny głos po drugiej stronie telefonu - Hej.
- Hemmings - odparłam, znudzona - Powim... powiem Ci, ży... że - poprawiałam się co chwila, jednak już po chwili zapanowałam nad swoim słownictwem - Cię nienawidzę, ty cholerny dupku.
- Dlaczego? - zdziwił się, a jego głos nie był już tak bardzo rozbawiony - Gdzie jesteś? Jest z Tobą Lucy?
- Jest i doskonaale się bawimy - zaśmiałam się. Chciałam mu powiedzieć, dlaczego go nienawidzę, ale nie byłam sobie w stanie przypomnieć. Co takiego się stało, że sam jego głos mnie wkurzał?
- Gdzie jesteście? - usłyszałam brzęk kluczyków.
- Myślisz, że Ci powiem? - i nagle mnie olśniło - Zrobiłeś sobie ze mnie jaja, a ja jak ostatnia idiotka Ci uwierzyłam. Więc odpuść sobie i zadawaj się z Lucy, ale ja nie chcę na to patrzeć - rozłączyłam się.
- Ariii - Chris usiadł obok mnie, opierając ramię na moim barku - Teraz tyy - wskazał na miejsce gdzie jeszcze przed chwilą stała Lu.
Wstałam niepewnie. W głowie mi wirowało. Szłam powoli, uważnie patrząc, jak staję. W końcu dotarłam w wyznaczone miejsce. Już wiedziałam, kogo będę udawać.
- Mam BMW - zamachałam rękami w powietrzu - mam super włosy i kolczyka w wardze. Jestem najlepszy! - zamachnęłam się na tyle, że uderzyłam w ziemię, śmiejąc się głośno.
- Luke - wyjąkała przez śmiech przyjaciółka, ocierając co chwila łzy.
- Wyszło Ci! - krzyknął któryś z kolegów Chris'a, pomagając mi wstać. Kiedy już czułam równy grunt pod nogami, on nagle zbliżył swoje usta do moich i delikatnie je dotknął. Kompletnie mi to nie przeszkadzało, mimo że nie znałam chłopaka. Przecież to zwykły buziak, tak? On uśmiechnął się do mnie lubieżnie, pomagając usiąść. Wyglądał na całkiem trzeźwego, jednak jego zaróżowione policzki go zdradzały.
- Stary, nie zarywaj mi do siostry - Chris uderzył chłopaka lekko w ramię, jednak z jego tonu wcale nie dało się wyczytać negatywnych emocji. Wszyscy byliśmy zbyt pijani.
Kątem oka ujrzałam po drugiej stronie czarne BMW. Oh, naprawdę? Chłopak wysiadł z auta i oparł się o drzwi, wyciągając z bluzy paczkę fajek. Pokazałam mu środkowy palec i skupiłam się na towarzystwie. Luke nie podszedł do nas, po prostu stał i obserwował. Jakim cudem wogóle znalazł się tutaj w ciągu dwóch minut?
- Twój kochaś - zwróciłam się do Lu - jest... tam - wskazałam miejsce, w którym stało zaparkowane czarne BMW.
Dziewczyna szybko podążyła tam wzrokiem i szeroko się uśmiechnęła. Pomachała mu i powoli zaczęła wstawać, jednak ten sam chłopak, który dał mi buziaka, chwycił ją w talii, tak, że usiadła mu na kolanach.
- Słonko, gdzie uciekasz? - spytał, szeroko się uśmiechając.
Lucy zaczęła się śmiać, próbując wstać. Kiedy ten jej nie puszczał, ona poddała się i siedziała mu na kolanach, dalej się śmiejąc. Ja, nie wiem jakim cudem, zachowałam resztki rozumu i zepchnęłam ją z kolan chłopaka, sama na nich siadając. Widziałam wkurwioną minę Luke'a, kiedy zobaczył Lucy z tym gościem. Bałam się, że przyjdzie tu i rozpęta bójkę. Wolałam nie psuć sobie tego dnia.
- A więc, co tam? - spytałam się chłopaka, siedząc mu na kolanach.
- Wspaniale - mruknął, odgarniając mi włosy za ucho - Jesteś taka ładna - mruknął, ponownie przybliżając usta.
Uśmiechnęłam się lubieżnie, sama zaczynając pocałunek. Najpierw powoli, jednak on przejął inicjatywę, a słodki pocałunek stał się agresywny. W końcu odsunęłam się od niego, jednak on chwycił mnie na plecach, z powrotem pociągając na swoje usta. Jego ręce powoli zjeżdżały coraz niżej. Przestało mi się to podobać. Cholera, sama to zaczęłam.
- Przes-tań - wyjąkałam, próbując się od niego odsunąć, jednak on mi nie pozwalał.
Szybko zlustrowałam otoczenie, jednak nikt nie zwracał na nas uwagi, każdy był zajęty sobą. Kiedy ponownie jakimś cudem udało mi się minimalnie odsunąć od chłopaka, nie panując nad sobą, sprzedałam mu siarczystego liścia. Jego twarz najpierw wyrażała zdziwienie, a po chwili wściekłość. Złapał mnie za szyję, wstając, przez co o mało nie zaliczyłam upadku. Utrzymałam się tylko dlatego, że trzymał moje gardło.
- Ty suko -warknął.
Ujrzałam, jak Chris wstaje, jednak był zbyt pijany, aby utrzymać równowagę i walnął w ziemię. Jego koledzy śmiali się głośno, a Lucy patrzyła przestraszonym wzrokiem.
- Puść - jęknęłam, kiedy jego dłoń mocniej zacisnęła się na mojej szyi.
Chłopak puścił i poleciał trzy metry w tył. Patrzyłam z niedowierzaniem, jak Hemming podchodzi do chłopaka i łapie go za przód koszuli, ciągnąc w górę. Tak bardzo nie chciałam, żeby się wtrącał, a teraz dziękowałam w duchu, że jakimś cudem wiedział gdzie jesteśmy i przyjechał.
- Tknij ją jeszcze raz, a porozmawiamy inaczej - wycedził przez zęby do chłopaka, po czym puścił go.
Podszedł do mnie, pomagając mi usiąść i obejrzał moją szyję.
- W porządku? - spytał, a ja skinęłam głową.
- Dzięki - wyszeptałam.
Podszedł do Lucy i objął ją w talii, a ona przytuliła się do niego. Zaczęli cicho rozmawiać, a ja niepewnym wzrokiem spojrzałam w tył. Chłopak tylko zmroził mnie wzrokiem, wstał niepewnie i poszedł. Chris jakiś sposobem doszedł do mnie.
- Okej? - spytał, próbując utrzymać głowę prosto. Wypił najwięcej z nas, więc to tylko kwestia czasu, kiedy padnie.
- Mhm - mruknęłam.
Dwójka kolegów Chris'a podeszła do niego, pożegnali się i również sobie poszli. Patrzyłam za nimi, jak się zataczają. Dobrze, że było już dość ciemno. Gdyby mieli iść tak przez Sydney w ciągu dnia, byłoby niezręcznie.
- Podwiozę was - stwierdził Hemmings, nie puszczając Lucy.
- Hemmo, co tak ostro - zaśmiał się brat, wstając.
Zły wybór. Gdy tylko się wyprostował, jego głowa zatoczyła koło, a on przyległ do ziemi, całkowicie odpływając.
- No i padł - skwitowałam.
Nieraz zaliczał zgony, więc wiedziałam, że może wyglądać groźnie, jednak był do tego przyzwyczajony.
Luke pokręcił głową i podszedł do niego. Zarzucił go sobie na ramiona. Wyglądał komicznie.
- Dojdziecie same do auta, czy mam tu po was wrócić? - spytał.
- Dojdziemy - odparłam, wstając. W głowie mi wirowało, jednak nie chciałam dać tego po sobie poznać, więc podparłam się o Lu. Ruszyłyśmy, kuśtykając za chłopakiem. Przyjaciółka rozłożyła się na przednim siedzeniu, ja z tyłu, a Luke ,,układał" Chris'a, co znowu wyglądało komicznie. Przypiął go pasami i sam zajął miejsce kierowcy. Tym razem jechał spokojnie, a ja po chwili odpłynęłam.


Obudziłam się w swoim łóżku. Cholerny Luke, zapewne wygrzebał klucze Chris'a i wszedł sobie tak o do naszego domu. Boże, ojciec! Zerwałam się z łóżka. Byłam przerażona, jeśli chłopak wniósł nas do domu, kiedy ojciec był tu, to po nas. Jeśli zaczęli się szarpać? Nie fatygowałam się patrzeniem w lustro, wiedziałam, że wyglądam koszmarnie. Szybko pomknęłam do pokoju taty, jednak nikogo tam nie było. Zajrzałam do Chris'a. Spał jak niemowlę. Odetchnęłam, aby oczyścić umysł. Głowa pulsowała mi okropnie. Zeszłam powoli na dół, przeciągając tę chwilę. Bałam się cholernie.
Jak najciszej stawiałam kroki. Zajrzałam do salonu. Pusto. W kuchni to samo. Sprawdziłam wszystkie pokoje, jednak w domu nie było nikogo, poza mną i śpiącym bratem. Spojrzałam na zegarek. 12:41. Może dlatego nie ma go w domu... Walnęłam się płaską dłonią w czoło. Muszę porozmawiać z Lukie'iem. Zapytać się czy coś się wydarzyło. Pomknęłam do pokoju i odnalazłam telefon. Szybko wybrałam numer Lucy i czekałam.
- Tak? - jej głos był zaspany.
- To ja - zaczęłam - Jak po wczorajszym?
- Boli głowa - zaśmiała się - Luke mnie zaniósł do domu... Dzięki Bogu, że rodzice spali.
- Dasz mi jego numer? - spytałam szybko, korzystając z okazji, że Lu ledwo co się obudziła i jest całkowicie skacowana.
- Jasne - mruknęła - Zaraz Ci prześlę.
- Dzięki, kocham Cię - i rozłączyłam się.
Już po chwili miałam numer chłopaka. Wybrałam go i czekałam aż odbierze.
- Słucham? - to nie był głos Luke'a. Był jeszcze bardziej... seksowny.
- Jest tam gdzieś Luke? - zapytałam spokojnie, nieco niepewnie.
- A kto mówi? - głos po drugiej stronie był całkowicie pewny siebie.
- Ari - odparłam.
- O, to ty. Zaraz go znajdę.
To ty?
- Znasz mnie? - oparłam się o ścianę.
- Co nieco słyszałem. Luke! Zaraz przyjdzie.
- Co słyszałeś?
- C o   n i e c o - odparł powoli, jakby już znudzony rozmową ze mną - Daje ci Luke'a.
- Tak? - znowu usłyszałam ten jakże irytujący mnie głos. Tym razem jednak byłam mu wdzięczna.
- Dzięki za wczoraj - zaczęłam. Nie do końca wiedziałam, jak zacząć rozmowę - Ym... zaniosłeś nas do domu?
- Tak - miał rozbawiony głos - niezbyt kontaktowaliście, Twój brat w szczególności.
- A nasz ojciec? Był w domu? Coś powiedział?
- Spokojnie, skoczku - skoczku? - nie było go w domu. Rozejrzałem się trochę po waszym mieszkaniu, było pusto.
- Że co proszę? - i nagle cała wdzięczność, którą do niego żywiłam wyparowała - Czy ty jesteś normalny? Zwiedziłeś sobie nasz dom ot tak. Idź się lecz.
- No dzięki - zaśmiał się - A odnośnie tego co mi wczoraj powiedziałaś, nie, nie zrobiłem sobie z Ciebie jaj. Mówiłem całkowicie szczerze, to że Chris zaprzeczył, nie znaczy, że mówił prawdę. Gdybym skłamał, wczoraj zabrałbym tylko stamtąd Lucy i odjechał, jednak nie wiedziałem co się może stać. I jak widać, dobrze, że zostałem.
I znowu byłam mu cholernie wdzięczna, a w mojej głowie pojawiły się wątpliwości. Kto mówi prawdę? Chris mógł mnie okłamać? Kiedy spytałam się czy pamięta Luke'a, dosłownie zabijał jego imię, kiedy je wymawiał. Później zaczął dopytywać się o naszą rozmowę... Jednak Luke jest mi kompletnie obcy. Oczywiście, że mógł sobie ze mnie żartować. Miałam mętlik w głowie.
- Dlaczego mam Ci wierzyć? - wyszeptałam.
- Nie musisz, ważne żebyś na siebie uważała, a resztę zostaw mi.
Resztę zostaw mi? Chwileczkę...
- Skąd wczoraj wiedziałeś, gdzie jesteśmy?
- Mam swoje sposoby - nawet przez telefon wiedziałam, że się uśmiecha - muszę kończyć. Do zobaczenia, skoczku - i się rozłączył.
Westchnęłam, zamykając oczy. Przez niego jeszcze bardziej boli mnie głowa. Wczorajszy dzień przywrócił wspomnienia. Wróciłam myślami do tamtych czasów.


Od śmierci mamy minął miesiąc. Siedziałam wśród grupki młodych, mocno już pijanych ludzi. Sama nie byłam trzeźwa, jednak jeszcze byłam w tym stanie, w którym pamiętasz co robisz. Jakiś chłopak co chwila rzucał kamieniami przed siebie. Kolejna kolejka wódki. Upiłam trzy łyki i natychmiast popiłam sokiem. Mój przełyk palił. Cała byłam rozpalona, wzrok niby dobry, jednak kolory nie przypominały tych naturalnych. Czułam się wspaniale. Nagle usłyszeliśmy dźwięk syren policyjnych. Na pewno nikt nas nie zgłosił, nie zachowywaliśmy się głośno czy agresywnie. Nagle jeden z chłopaków spytał się czy chcemy pouciekać przed policją. Zaczęłam się śmiać i skinęłam głową. Ten podał mi kamień i kazał czekać, aż policja przejedzie obok nas. Tak zrobiłam i kiedy radiowóz mknął obok mnie, rzuciłam w niego kamieniem. Stałam w cieniu drzewa, był środek nocy, więc nie widzieli mnie z daleka. Głośno się śmiejąc, zaczęłam biec przed siebie. Radiowóz gwałtownie zahamował. Usłyszałam głosy policjantów, trzask drzwi i... strzał. Chłopięcy krzyk. Stanęłam. Policjanci mnie nie widzieli, jednak ja doskonale widziałam ich. Zakładali kajdanki postrzelonemu chłopakowi, drącemu się wniebogłosy. Dlaczego go postrzelili?! Chciałam tam podbiec, pomóc mu i ich pozabijać, jednak rozsądek nade mną zapanował. Uciekłam, zagryzając z całej siły rękę.


Otworzyłam oczy. Tak, to był początek mojej drogi w dół.

piątek, 9 września 2016

Rozdział 1

Ostatni raz przejrzałam się w lustrze. Szare oczy, ciemnobrązowe włosy, blada twarz. Od śmierci matki rzadko kiedy nabierałam kolorów.
Westchnęłam i wyszłam z pokoju. Kiedy zeszłam na dół, usłyszałam głośny trzask drzwi.
- Bezczelny gówniarz!
Weszłam do kuchni bez żadnego wyrazu twarzy, kompletnie nie zwracając uwagi na ojca. Czym znowu wyprowadził Chris'a z równowagi? Zwinnie zaczęłam robić sobie kanapkę, byleby tylko jak najszybciej opuścić to miejsce. Jeszcze o ile mój brat był w domu razem ze mną i ojcem, było okej, ale kiedy zostawałam z nim sama... po prostu czułam się nieswojo, jak nie we własnym domu, nie z własnym ojcem.
- A ty co? Nic nie powiesz? - warknął ojciec.
- Co mam powiedzieć? - spytałam, modląc się, aby nie zaczął się drzeć. Nienawidziłam tego.
- Zwyczajne cześć?
- Cześć...
- Świetnie - warknął ponownie i opuścił pomieszczenie.
Dzięki bogu. Jest cholernym ojcem. Minimalnie zmienił się po śmierci mamy. Po prostu przestał być tak agresywny. Jednak dogadać się z nim to cud. Nie wiem co miał w głowie, ale o wszystko się czepiał. Nieraz próbował podnieść na mnie rękę, ale wtedy zawsze Chris wchodził do akcji. A kiedy płakałam w pokoju, zawsze służył pocieszeniem czy fajką. Chociaż on mi został.
Ponownie usłyszałam huk zatrzaskiwanych drzwi. Wystawiłam głowę zza kuchni i dostrzegłam Theo. Podniosłam brwi.
- Tak bardzo tęsknisz, że musisz tu po mnie codziennie przychodzić? - zażartowałam.
- Zapomnij - jęknął sarkastycznie, rzucając plecak.
Z powrotem schowałam się do kuchni. Dokończyłam robienie śniadania, oczywiście nawet go nie tykając. Skoro Theo przyszedł, nie było szans abym to tknęła. Jak myślałam, wszedł za mną i chwycił za jedzenie.
- Człowieku - westchnęłam, zabierając się za robienie kolejnej.
Theo był dla mnie jak drugi brat. Dzieliłam się z nim każdym problemem, bólem, wszystkim co mnie dotykało. Były sprawy, których nie mówiłam Chris'owi. Theo był osobą, która o nich wiedziała.
- Lu ma dla nas kolejne nowości odnośnie kolejnego chłopaka poznanego na kolejnej imprezie - rzucił, żując jedzenie.
- O nie - jęknęłam - na każdej kogoś poznaje i nigdy nie wychodzi. Czy ona się kiedyś ogarnie?
- Teraz stwierdziła, że to ten jedyny - chłopak zaczął się głupkowato śmiać.
Ten jedyny... trzeba poznać Lucy, aby uświadomić sobie jaka ona jest naprawdę. Jeśli chodzi o imprezy, zawsze podrywała jakiegoś małolata, żeby po tygodniu stwierdzić, że to zwykła zabawa.
Pokręciłam głową. To niemożliwe, więc już byłam nastawiona na kolejne gadanie jaki to dupek.
- Chodźmy - mruknęłam, słysząc jak ojciec zbiera się na górze do wyjścia.
Rzuciłam się po torbę i już po chwili stałam na chodniku, czekając aż przyjaciel zbierze się do wyjścia. Kiedy już stanął obok mnie, wsiedliśmy do jego samochodu. Między innymi dlatego uwielbiałam jego ranne najścia; zawsze miałam podwózkę do szkoły.
Do szkoły? Zadzwonił mój telefon. Nieznany. Doskonale wiedziałam co usłyszę po drugiej stronie.
- Wyścigi za godzinę, namiary dostaniesz na mapce. Będziesz?
Uśmiechnęłam się. Spojrzałam na przyjaciela a on skinął mi głową, wiedząc kto dzwoni.
- Jasne.
Ponownie spojrzałam na chłopaka, uśmiechając się szeroko.
- Wie, jak sprawić aby nudny dzień stał się zajebisty - stwierdziłam.
- A więc gdzie? - chłopak odpalił samochód, czekając aż na moją komórkę przyjdzie zdjęcie mapy z konkretnymi namiarami. Pokazałam mu ją, a Theo wpłynął w tłum aut, opuszczając moją uliczkę.
Jeśli można coś o mnie powiedzieć, to to, że uwielbiam wyścigi. Nie ścigam się, ale mój braciszek tak. Nie wiedziałam czy dzisiaj będzie, mimo wszystko wyścigi zamiast szkoły to świetna opcja.


Obrzeża Sydney. Doskonale znam to miejsce. Zbyt często tu przebywam. Wyścigi stały się moim życiem. Patrzenie jak Chris jeździ, jak jeżdżą inni.
Wysiadłam z samochodu, natychmiast zostając przygniecioną do drzwi samochodu przez Lu.
- Słuchaj! - mocno nacisnęła na moje ramiona, abym tylko jej nie uciekła. Matko - byłam wczoraj na imprezie. Mega. Poznałam chłopaka...
I rozpoczął się monolog Lucindy Reeson. Jedyne co przyswoiłam, to że jest niesamowicie przystojny (powiedzmy szczerze, o każdym tak mówiła), ma błękitne, przejrzyste oczy i nazywa się Luke. Dlaczego to imię z kimś mi się kojarzy? Kiedy w końcu ucichła, odetchnęłam z ulgą. Theo zafundował nam piwo, szepcząc do ucha, że współczuje mi słuchania Lu. Zaczęliśmy się głośno śmiać, przez co zwróciliśmy na siebie uwagę paru osób.
I nagle, kiedy ujrzałam chłopaka wysiadającego z czarnego BWM, doskonale wiedziałam, skąd kojarzyłam imię Luke.
- To on? - spytałam Lucy, zwracając jej uwagę.
Podążyła za mną wzrokiem, a na jej twarzy pojawił się szeroki uśmiech.
- Tak - pisnęła, lecąc w jego stronę.
Pokręciłam głową. Skąd go znałam? Ścigał się pół roku temu tutaj, w Sydney. Nagle zniknął, a był całkiem niezły. Nieraz wygrywał, dostawał sporo kasy, raz nawet zagadał do mnie, jednak byłam na tyle wstawiona, że pamiętam jedynie jak pytał o moje imię.
Patrzyłam jak Lu przytula się do niego, a on głaszcze ją po plecach. Pokręciłam ponownie głową. Hm, pół roku temu nie miał kolczyka w wardze. Jego wzrok zatrzymał się na mnie i minimalnie skinął głową w moją stronę. Podniosłam brwi i zrobiłam to samo, nie do końca rozumiejąc o co chodzi. Przez chwilę patrzył się na mnie, aby po chwili zostać całkowicie zajętym przez moją przyjaciółkę.
Luke. Dlaczego przyprawiał mnie o dreszcze? Był przystojny, ale nie podobał mi się. Czułam przed nim... respekt.
Tłum zaczął się drzeć, ludzie wokół mnie całkowicie zasłonili mi widok, a ja wiedziałam, że zaraz zaczyna się wyścig. Przepychałam się jak najbardziej do przodu, chcąc ujrzeć cokolwiek. Kiedy ruszyli, ja jakimś cudem dopchałam się na sam początek. Czarna bmk'a na spokojnie ruszyła, zajmując trzecie miejsce. Nie widziałam samochodu Chris'a. Nie startował. Może i to lepiej? Widząc z jakim spokojem ruszył Luke, wiedziałam, że wygra.

I nie myliłam się. Dotarł na metę jako pierwszy, wyprzedzając chłopaka za sobą o cztery sekundy. Muszę przyznać, był jeszcze lepszy niż pół roku temu. Pamiętam jego wyścigi, kiedy to wjeżdżał minimalnie wystawiony w przód czy zwyczajnie drugi albo trzeci.
Poszłam po kolejne piwo, zastanawiając się gdzie uciekli mi Theo i Lu. Myślałam, że dziewczyna natychmiast wskoczy w ręce swojej ,,miłości", jednak pomyliłam się.
- Cześć - usłyszałam za sobą głos.
Odwróciłam się, lustrując go wzrokiem. Z bliska był jeszcze lepszy. Kiedy widziałam go ostatnim razem był zwykłym dzieciakiem. Niesamowite, jak zmienił się przez te pół roku. Nabrał masy. Obcisła koszulka Nirvany uwydatniała jego umięśnione ramiona i brzuch. Na twarzy było widać minimalny zarost, a oczy... były zimne i ciepłe zarazem. Patrzył przenikliwie ale z uczuciami.
- Hej - odparłam, biorąc łyk piwa - Wróciłeś - skwitowałam, mimo że dla mnie kompletnie się nie znaliśmy.
- Taa - poprawił włosy. Czy mi się wydaje czy on je prostuje? - zatęskniłem za Sydney. Arienne, tak?
- Ari - wzruszyłam ramionami.
- Okay. Luke - uśmiechnął się, pokazując nieco milszą stronę niż skinienie w moją stronę z dalekiej odległości.
- Wiem. Coś chcesz? - chciałam zabrzmieć jak najbardziej miło. Ciekawiło mnie dlaczego do mnie podszedł. Zapewne wogóle bym się tym tak nie zajęła gdyby wcześniej nie skinął głową.
- Chris wciąż jeździ? - wziął z moich rąk piwo i upił łyka.
- Mhm - zabrałam kubeczek, mrożąc go wzrokiem - Moje.
Zaśmiał się, pokazując szereg białych zębów, a ja już wobrażałam sobie, jak Lucy będzie mi o tym gadać. Każdy szczegół wyglądu Luke'a. Gorzej, kiedy zacznie opowiadać jak on całuje i co planuje z nim robić. Jeśli chodziło o chłopaków, Lu zachowywała się jak typowa blondynka. Zbyt bardzo chciała, dlatego tak często spotykało ją niepowodzenie.
- To dobrze - odpowiedział w końcu, a jego wyraz twarzy gwałtownie się zmienił - Możemy stąd pójść? Chciałbym z Tobą pogadać gdzieś, gdzie będzie ciszej - nagle obok mnie jakiś chłopak wywalił się na ziemię, przewalając przy okazji dwie kolejne osoby - i bezpieczniej.
Oczywiście, że się wahałam. Nie chciałam iść. Obcy chłopak, kto wie co chce mi zrobić. Ale ciekawiło mnie też, czego ode mnie chce.
- Jeśli planujesz mi coś zrobić, ostrzegam, że Cię zabiję - warknęłam, uważnie patrząc na jego reakcję.
- Nie - zaczął się śmiać, drapiąc po karku - pewnie mi nie uwierzysz, ale chcę z Tobą zwyczajnie pogadać. Odnośnie wyścigów, chyba wracam tu na stałe.
Przyswoiłam jego słowa i stwierdziłam, że co ma być to będzie. Zgodziłam się.
Zabrał mnie do samochodu i szybko wyjechał z tłumu. Błagałam, aby Lu mnie nie widziała. Znienawidziłaby mnie. Jechaliśmy dość szybko, wciąż obrzeżami. Luke mocno przekroczył dozwoloną prędkość, ale nie przeszkadzało mi to.
- Co byś zrobiła, gdybym wygrał z Twoim bratem? - spytał nagle, przerywając ciszę.
- Nieraz przegrywał, co miałabym zrobić?
Nie odpowiedział. 
- A więc wracasz? - zaczęłam szybko. Nie chciałam ciszy.
- Raczej tak. Sam mogę o siebie zadbać, a kocham to miasto - spojrzał na mnie kątem oka, ostro hamując.
Zatrzymaliśmy się przy wjeździe w leśną ścieżkę. Wokół było kompletnie pusto. Luke wysiadł z samochodu i oparł się o drzwi. Podążyłam jego śladem, uważnie obserwując jego ruchy. Czego się spodziewałam, że wyciągnie nagle broń i mnie zabije? Że będzie próbował mnie zgwałcić? Sama nie wiem. Zwyczajnie mu nie ufałam.
- Fajkę? - wyciągnął w moją stronę paczkę czerwonych Malboro. Wyciągnęłam jedną, dziękując. 
- Palaczka - skwitował.
- Palacz - odparłam.
Zaciągnęłam się fajką na spokojnie, zastanawiając się, co powiedzieć. Na szczęście blondyn mnie wyręczył.
- A więc - przejechał ręką po włosach - Chris ma jakiś wrogów?
- Co? - wymcknęło mi się - Dlaczego się pytasz? - zapanowałam nad głosem.
- Stresik? - zachichotał chłopak, słysząc mój lekko podniesiony głos - Znam parę osób stąd, co nieco wiem. Zastanawiam się.
- Nie mam pojęcia - mruknęłam, zamyślając się. Dlaczego się pyta o coś takiego? - Wytłumacz mi, po co naprawdę mnie tu zaciągnąłeś - skrzyżowałam ręce na piersi, ponownie zaciągając się papierosem. 
- Możliwe, że wrogowie Twojego brata, których nie jestem pewien będą Cię chcieli na kartę przetargową. O ile się nie mylę, jesteś w niebezpieczeństwie.
...że co? Zaczęłam się śmiać. On żartuje, prawda? Obcy chłopak mówi mi coś takiego a ja co, mam mu uwierzyć?
- To żart, prawda? Kpisz sobie teraz ze mnie? - wyrzuciłam wypalonego papierosa, przyglądając się z rozbawionym wyrazem twarzy blondynowi.
- Nie - odparł poważnie.
- Dlaczego mi to mówisz? Nawet mnie nie znasz, mówisz coś takiego...
- Mylisz się - mruknął i zamilkł.
- Dlaczego? - nie odpowiedział mi i zapadła między nami kompletna cisza. Stałam jeszcze chwilę, czekając aż może w końcu się odezwie, jednak on nie powiedział nic, lustrując ze znudzenia otoczenie - Odwieź mnie z powrotem - warknęłam.
Bez słowa zasiadł za kierownicą i odpalił silnik, zanim sama zdążyłam wsiąść do samochodu. Tylko zamknęłam drzwi, a on już cisnął w gaz. Nie przypominało to wogóle spokojnego startu sprzed wyścigu. Patrzyłam na obrazy, rozmazujące mi się w oczach. Jedyne co mi teraz pozostało, to zaufać Luke'owi. Mimo wszystko moje serce podchodziło pod gardło, kiedy zbliżaliśmy się do wjazdu do centrum, mknąc sto osiemdziesiąt na godzinę. Chwyciłam się fotela, wbijając w niego paznokcie.
- Zwolnij - wyszeptałam przez zaciśnięte zęby.
Chłopak nie zareagował, tylko dodał gazu. Mknęliśmy obwodówką. Mimo małego natężenia ruchu, wciąż byli tu jacyś kierowcy. Jeśli to przeżyję, będę dziękować światu na kolanach.
- Luke, zwolnij - ponowiłam prośbę, głośniej - Zabijesz nas!
- Boisz się? - mruknął seksownie chłopak, zgrabnie wymijając dwa radiowozy policyjne.
Odwróciłam głowę, patrząc przez tylną szybę z niedowierzeniem.
- Zwariowałeś? To policja.
- Nie ruszają za nami - odparł obojętnie - więc co się stresujesz, żabko? - zaśmiał się głośno, patrząc na mnie.
Już chciałam wydłubać mu oczy, słysząc jak mnie nazwał, jednak wtedy dostrzegłam ciężarówkę, zmieniającą pas na nasz. Krzyknęłam imię chłopaka. Ten nawet nie przejął się pojazdem i pomknął zjazdem w dół, jadąc na ręcznym. O ile lubiłam szybką jazdę, o tyle nie taką. Sama nigdy się nie ścigałam, więc nie wiedziałam jak to jest jechać 300km/h, a tym bardziej driftować na obwodówce.
- Zwolnij, do cholery... - wyszeptałam, patrząc szeroko otwartymi oczami przed siebie. Nagle moje płuca stanęły, a w głowie pojawił się obraz matki, kiedy ostatni raz widziałam ją przed zgaśnięciem lamp. Usłyszałam w głowie jej krzyk; moje imię. Zakryłam usta dłonią, a drugą ręką oparłam się o schowek, walcząc z mdłościami. Co to było? Nie mogłam nabrać normalnie powietrza, czułam jak moje płuca coraz bardziej się kurczą.
- Okej, przepraszam - Luke zaczął hamować i po chwili jechał powoli, jednak mi wcale nie było lepiej - Ari?
Ścisnęłam schowek jeszcze mocniej, chowając twarz w kolanach. Luke gwałtownie wcisnął hamulec i wyskoczył z samochodu. W błyskawicznym tempie otworzył drzwi z mojej strony i próbował podnieść moją głowę.
- Co jest, Ari? - jego głos był zmartwiony. O nie, jeśli on się martwi to ja zaraz zacznę panikować. Poczułam jak jego ręka wsuwa się pod moje kolana, a druga obejmuje za plecami i po chwili, skulona w jego ramionach, wisiałam nad ziemią. Postawił mnie, opierając o samochód i chwycił moją twarz w dłonie.
- Oddychaj - powiedział poważnie i wyraźnie, a jego oczy były wpatrzone w moje; przerażone i załzawione - Ari, oddychaj.
Próbowałam, naprawdę próbowałam, ale nie byłam w stanie. Moje płuca nie chciały potrzebnego mi powietrza, a w głowie wciąż rozbrzmiewał krzyk matki.
- Nie mogę - wyszeptałam, ściskając koszulkę chłopaka. Objął mnie mocno, głaszcząc po plecach.
- Wdech, wydech - dyktował cicho - Mike mnie zabije...
Staliśmy tak chwilę, aż w końcu mój oddech zaczął się uspokajać. Głos Luke'a i jego dotyk sprawiały cuda. Oparłam czoło o jego ramię.
- Przepraszam - mruknęłam, zawstydzona. Odsunęłam się od niego, a on uśmiechnął lekko.
- Tylko sobie nie myśl - przygryzł kolczyka w wardze - Lucy to naprawdę fajna dziewczyna, mimo jej ciągłego skakania na mnie i zanim mi z nią nie wyjdzie i zjawisz się ty, to chciałbym ją jeszcze poznać - ukazał szereg białych zębów, a moja twarz zapewne zdradzała mnie, jak bardzo jego słowa mnie zaszokowały. Dopiero po chwili przyszła wściekłość, a ja przywaliłam mu pięścią w ramię.
- Dupek - warknęłam - odwieź mnie, dobra?
- Wsiadaj - wskazał na samochód - i na następny raz mów, jakby miała się powtórzyć taka sytuacja.
- To kiedy mówię zwolnij, zwalniaj - pokręciłam głową, zatrzaskując drzwi.
Chłopak wsiadł, patrząc jeszcze chwilę na mnie.
- Mogę fajkę? - spytałam, otwierając okno.
Luke odpalił mi papierosa i podał. Jechał umiarkowanym tempem, co jakiś czas sprawdzając swój telefon. Nie pytałam o co chodzi. Kiedy znaleźliśmy się pod szkołą, spojrzałam na niego wkurzonym wzrokiem.
- Serio? Szkoła?
- Jesteś uczennicą, ostatni rok, powinnaś się chyba skupić na nauce - wzruszył ramionami, hamując śmiech.
Uświadomiłam sobie, że wszystkie rzeczy zostawiłam w samochodzie Theo, więc jedyne co teraz mi zostało to wrócić do domu i poczekać aż chłopak sam do mnie przyjedzie. A że miałam dość Luke'a na dzień dzisiejszy, postanowiłam przejść się te jedenaście kilometrów do domu.
- Dzięki - odparłam, wysiadając z auta. I zanim zatrzasnęłam drzwi, warknęłam jeszcze - i nie waż się skrzywdzić Lucy.
Po tym odeszłam. Zastanawiałam się, kiedy nastąpi kolejne spotkanie z Luke'iem. A wiedziałam, że nastąpi.

czwartek, 8 września 2016

Prolog

Szłyśmy chodnikiem. Mama była wściekła. Nie dziwię się. Mam jedynie dwanaście lat, a ona musiała mnie odbierać od pijanych znajomych mojego brata o drugiej w nocy. Wiedziałam, że oni mieli ze mnie pośmiewisko. Taka małolata, a chce z nimi pić. Nie, nie chciałam z nimi pić, nie tknęłam alkoholu. Brat o niczym nie wiedział. Chciałam jedynie uciec od domu, od ciągle drącego się ojca. Chociaż jedną noc nie chciałam słyszeć jego głosu. Jakaś dziewczyna zadzwoniła do brata, jednak odebrała mama. Natychmiast po mnie przyjechała, wyciągnęła mnie stamtąd. Nie wiem dlaczego nie przyjechała samochodem, nie śmiałam się pytać. Było mi cholernie głupio, przykro. Ale co miałam powiedzieć? Że byłam w uchlanym towarzystwie bo nie chciałam słuchać ojca? Powiedziałaby, że przecież mogłam iść na noc do jakiejś koleżanki. Wiem... Więc dlaczego byłam akurat tam? Nie mam pojęcia.
Szłyśmy szybkim krokiem. Mama była dwa kroki przede mną.  Nagle stanęła. Zrobiłam to samo.
- Co Ci przyszło do głowy?! - krzyknęła, odwracając się do mnie - Arienne, do cholery, masz dwanaście lat! Tamci ludzie mogli Ci coś zrobić! Dobrze, że to chociaż znajomi mojego syna... gdyby to byli jacyś obcy - błądziła wzrokiem po ulicy, zapewne wyobrażając sobie, co mogło się stać.
- Przepraszam - wyszeptałam.
- Dlaczego tam byłaś? Dlaczego uciekłaś z domu?! Jak mogłaś w tym wieku pomyśleć o czymś takim?! Arienne! Odpowiedz!
Jej krzyki pustoszyły moją głowę. Do oczu napłynęły mi łzy. Mamo, ty też? Nie wystarczą Ci krzyki ojca?
- To było całkowicie nieodpowiedzialne. Nie do pomyślenia...
Nagle na ulicy zgasły wszystkie lampy. Zapanowała kompletna ciemność. Na niebie nie było żadnej gwiazdy, księżyc schował się za chmurami. Chciałam podejść do mamy, bałam się. Nie widziałam kompletnie nic. Kiedy już myślałam, że znalazłam się przy niej, nie poczułam jej ręki.
- Mamo? - wyszeptałam.




Znowu to samo. Kiedy próbuję sobie przypomnieć, co się wtedy stało, w mojej głowie pojawia czarna dziura. Cholerna pustka, doprowadzająca mnie do szału. To ona też sprowadziła mnie na dno.

Nowa

Hej wszystkim :D nowy blog, nowa historia, nowe życie, nowa szkoła. Odnośnie mnie, mam szesnaście lat, rozpoczęłam właśnie liceum. Po czytaniu wielu ff'ów stwierdziłam, że pora na mój! Uwielbiam pisać, robić zdjęcia i rysować. Bez muzyki moje życie nie miałoby sensu. Zapraszam! :)